Przeskocz do treści Instagram Twitter Facebook Search Arrow right YouTube Sign In Sign Out Register User Print Arrow left
Strona główna » Blog » Pop-kultura » Gorączka Kupalnej Nocy, czyli jak się bawili dawni Słowianie

Gorączka Kupalnej Nocy, czyli jak się bawili dawni Słowianie

Wielu jest Tych, Którzy Zapomnieli Wynieść Śmieci z Mieszkania, za to stosunkowo niedużo Takich, Co To Nie Pamiętają, Że Trafili Szóstkę w Totka. Jaka jest tego przyczyna? Można by tutaj próbować wyliczać proporcje, logarytmy czy inne rachunki prawdopodobieństwa, ale odpowiedź jest prosta. O fajnych rzeczach pamięta się dużo lepiej! Dlatego też nawet po setkach lat od chrystianizacji Polski pamięć o Nocy Kupały jakoś tam po mózgach naszych przodków hasała. Lub przynajmniej zasiadała w kącie i chrząkała znacząco. I dobrze, w końcu to piękna tradycja jest! Ale czy wiecie, co właściwie „kupała” oznacza albo czym tak naprawdę był ów legendarny kwiat paproci?

Etymologie chodzą dwójkami

Wszyscy Polacy to jedna rodzina, ale zgodni są w zasadzie tylko co do jednej rzeczy – że najgorszy jest wiatr. Całą resztę, łącznie ze śmiercią, podatkami i wynikiem ostatniego meczu, można poddać w wątpliwość, rozważyć i miło się o nią pokłócić. Nic więc dziwnego, że nie ma zgody i w kwestii, dlaczego właściwie obchodzimy akurat Noc Kupały. Znaczy – umówmy się – mało jest tak odważnych badaczy, którzy podważyliby celowość świętowania nocy wolnej miłości, ale skąd właściwie ta nazwa? Tutaj teorii jest kilka. Jedni twierdzą, że może pochodzić ona od indoeuropejskiego kump, co oznaczało gromadę, zbiór, no generalnie – jakąś tam paczkę. I to miałoby sens – w końcu niewielu pewnie próbowało świętować Kupalnockę w pojedynkę. Ale żeby nie było tak łatwo – słowo to można skojarzyć również z innym z indoeuropejskiego – kup, czyli żarzyć się. To zaś przecież łatwo można połączyć z ogniskami, których w końcu podczas Nocy Kupały było raczej niemało. A jak można skojarzyć to w zasadzie i trzeba, a jak trzeba, to przecież aż żal się nie pokłócić.

Słowiańskie fake newsy

Źródło: Wikimedia Commons, autor: Ratomir Wilkowski, www.RKP.org.pl

Jak się jednak kłócić, to porządnie, więc dla pewności dołożono jeszcze kilka innych opcji. Ktoś rzekł kiedyś, że przecież kupała może odnosić się do prasłowiańskiego słowa kąpiati i powiązał sobie radośnie kupałę z kąpielą. Bo czemu nie. To jednak stosunkowo mało prawdopodobne – co prawda świętowanie obejmowało też rzeki, jeziora i takie tam inne akweny, ale raczej nie to było clou programu. Taka opcja prawdopodobnie została wymyślona, gdy Noc Kupały była już starym dziadem z wieloletnim doświadczeniem w CV. A konkretnie w czasach, kiedy Kościół skapnął się, że coś mu się te obchody podejrzanie nie zgadzają z ideologią. Wtedy to ktoś uczynił gigantyczny wysiłek umysłowy i stwierdził, że święto skakania przez ogniska, uprawiania wolnego seksu i radosnego biegania po lesie można łatwo zmienić w dzień kultu Jana Chrzciciela – świętego, który chrzcił przez kąpiel w rzece. No w końcu to się nie mogło nie udać, prawda?

Kiedy jednak żwawa młodzież słowiańska z niezrozumiałego powodu uparła się, że woli tańce, hulanki i swawole, a święto powoli zaczynało odzyskiwać swój pierwotny charakter, nie było już takie jasne, co to, u choinki jasnej (albo paprotki kwitnącej), jest ten.. ta… to kupała. Pojawiła się więc nowa opcja – a może mieliśmy takiego boga? Bogów był ci u nas dostatek i sami przyznacie, że trudno spamiętać wszystkich, więc tej opcji nie dało się na poczekaniu i w zamroczeniu alkoholowym wykluczyć. Stąd kolejna teoria na temat nazwy tego święta – że pochodzi ona od słowiańskiego boga miłości, takiego rodzimego Kupidyna. Nie wierzcie jednak w takie fake newsy, tego boga wymyśliliśmy sobie później. W końcu Polacy nie gęsi i też swojego Kupidyna mieć mogą.

Sezon kąpielowy czas zacząć!

Źródło: Pixabay, marbus79

Co takiego robiło się podczas Nocy Kupały? Ano na przykład otwierało się sezon plażingu, smażingu i wszechobecnych parawanów, czyli inaczej mówiąc – sezon kąpielowy. Co prawda nie jest udokumentowane, że nasi praojcowie po Kupalnocce tłumnie wyjeżdżali do Mielna z dmuchanymi krokodylami, leżakami w kwiatki i tanim piwem z supermarketu, pewne jest jednak, że coś im w kąpielach przed tym świętem nie pasowało. Zapewne głupio było im przyznać, że woda za zimna, więc dla zachowania twarzy, podejrzewali utopce, wodnice i takie tam inne demony o uśmiercanie człowieków, które chciałyby zażyć kąpieli przed letnim przesileniem. Trudno powiedzieć, co według naszych przodków działo się z demonami po Kupalnocce. Być może łagodniał im charakter, zapadały w sen letni albo wyjeżdżały w objazdówkę po Europie, zobaczyć, jak się demonuje w innych częściach świata. Pewne jest jednak, że od Nocy Kupały jakoś mniej atakowały one wodolubnych Słowian w rzekach i jeziorach. Ba! W Noc Kupalną odpuszczały do tego stopnia, że włażenie do bajor wszelakich było nie tylko możliwe, ale nawet dobre dla zdrowia – woda tej najkrótszej nocy w roku miała stawać się magiczna i leczyć wszelkie dolegliwości. Normalnie szał ciał i uprzęży.

Szkoda było taką wzbogaconą wodę marnować wyłącznie na leczenie korzonków, pojawił się więc pomysł, żeby wykorzystać ją również do wróżenia. Bo czemu nie? Dlatego w Noc Kupały panny wiły wianki i wrzucały je do tej falującej wody, potem zaś mogły zadziać się trzy rzeczy. Wianek mógł się utopić – wtedy nieszczęsna heroina miała wkrótce umrzeć – mógł też odpłynąć w dal, co wróżyło staropanieństwo, ale mógł zostać wyłowiony przez czyhającego już w pobliżu kawalera. Cóż, jak by na to nie spojrzeć, efekt zawsze był ten sam – panna w ten czy inny sposób traciła wianek.

Uffff jak gorąco!

W Noc Kupały śmiało można było skakać nie tylko na głęboką wodę, ale również w ogień – zapewne dla równowagi. Ogień nie mógł być jednak byle jaki. Najpierw powinien zostać wygaszony w całej wsi, a potem rozpalony na nowo przez krzesanie kawałkami drewna. Skąd miały pochodzić te kawałki, nie jest do końca pewne – była tu mowa o jesionie, brzozie czy dębie, być może, żeby zwiększyć prawdopodobieństwo trafienia na właściwe. Jeśli za pomocą takiego drewna szczęśliwie udało się stworzyć ogień, zanim Kupalnocka dobiegła końca, zapalano ogniska, które mogły służyć do różnych rzeczy. Można było przez nie skakać, co działało na Słowian oczyszczająco (i zapewne pięknie depilowało na lato), ale można też było na przykład palić w nich zioła ku czci bogów, żeby zapewnić sobie płodność i urodzaj. Jeśli zaś ktoś czuł wielką i, powiedzmy to sobie szczerze – zupełnie niezrozumiałą, chęć do ćwiczeń gimnastycznych, mógł także zapalać od nich pochodnie i obchodzić z nimi domostwa, żeby odgonić złe duchy. No czego dusza zapragnie.

Ciągnie Słowianina do lasu, czyli po co szukano paprotek?

Źródło: Wikimedia Commons, autor: Simon Kozhin/С.Л.Кожин

Była też oczywiście ta sprawa z błyszczącym pośród ciemnej nocy kwiatem paproci, zwanym również perunowym kwieciem. Skąd wzięła się ta druga, mniej znana nazwa? Ano od boga grzmotów i piorunów, bo ponoć burzowe napięcie wiszące w powietrzu to idealne warunki do rozwoju tego świecącego, kwitnącego skubańca. Samo napięcie w przyrodzie to jednak dopiero początek! Taka paprotka miała swoje wymagania i zakwitała tylko podczas owej najkrótszej nocy w roku. Za to farciarzowi, który by ją znalazł, zapewniała szczęście, wielką mądrość, bogactwo i w ogóle willę w Los Angeles i angaż w Big Brotherze. Nic więc dziwnego, że chętnych na wyprawy przez puszcze, chaszcze i kleszcze było całkiem sporo.

Istnieje jednak prawdopodobieństwo, że powody zapuszczania się w głąb ciemnego lasu nie były jednak materialistyczne czy motywowane chęcią uzyskania dostępu do darmowej edukacji. Niektórzy badacze twierdzą, że kwiat paproci był metaforą dziewcząt, które podczas Nocy Kupały smarowały się liśćmi nasięźrzału, mającymi w magiczny sposób wpływać na poziom atrakcyjności. No, znalezienie takiego kwiatu urody hasającego po lesie w celu wiadomym i łatwym do określenia na pewno mogło przynieść młodzieńcowi sporo szczęścia – przynajmniej tej nocy. A poza tym – czego się nie robi dla tradycji!

Tagi: , , ,

Filolog z przypadku, leń z natury. Jeśli nie musi, to piechotą nie chodzi, ale ujdzie w tłoku. Zdarza się, że coś jej chodzi po głowie, chociaż nigdy przed 9 rano. Za to jej miłość do seriali przechodzi ludzkie pojęcie. Lubi chadzać swoimi ścieżkami, mimo że radzą jej raczej pójść po rozum do głowy.