Przeskocz do treści Instagram Twitter Facebook Search Arrow right YouTube Sign In Sign Out Register User Print
Strona główna » Blog » Pop-kultura » Kiedy życie daje ci radioaktywne cytryny, buduj bunkry. Jak schrony przeciwatomowe szturmem zdobyły międzynarodową popularność

Kiedy życie daje ci radioaktywne cytryny, buduj bunkry. Jak schrony przeciwatomowe szturmem zdobyły międzynarodową popularność

Trwającej w latach 1947-1991 Zimnej Wojnie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim towarzyszył nieustanny wyścig zbrojeń. Dwa wielkie mocarstwa jednak nie tylko przeznaczały ogromne ilości środków na stworzenie coraz bardziej zabójczych arsenałów, ale też wielokrotnie, w różnoraki sposób, ścierały się ze sobą, walcząc o wpływy w mniejszych państwach. Widmo wojny totalnej i wciąż świeża pamięć o skutkach zrzucenia bomb atomowych na Hiroshimę i Nagasaki sprawiły, że kapitalistyczna strona konfliktu szybko odkryła potencjał schronów przeciwatomowych…

Chcesz, by coś było zrobione dobrze? Zrób to sam!

Kiedy tylko radioaktywny kurz opadł po amerykańskim ataku jądrowym na Japonię w sierpniu 1945 roku, na całym świecie zaczęto podejmować działania mające na celu ochronę cywilów i obiektów wojskowych przed zagrożeniami, jakie niosła ze sobą nowa broń. Większość państw zdecydowała się na tworzenie schronień ze środków rządowych, jednak w Stanach Zjednoczonych szybko okazało się, że kraj, który jako pierwszy stworzył broń nuklearną, niekoniecznie wie, jak skutecznie obronić przed nią swoich obywateli.

Na początku lat sześćdziesiątych obrona cywilna w USA podlegała jurysdykcji Agencji znanej jako Defense Civil Preparedness Agency. Aby określić, jak dobrze przygotowani są Amerykanie na bombardowanie bronią jądrową, stworzyła ona serię ankiet, które następnie rozesłała do każdego domu w Ameryce w 1963 r. Pytania, jakie padły w tych sondach, miały na celu ustalenie poziomu ochrony przed wybuchem, jaką zapewnia przeciętny, znajdujący się na terenie Stanów Zjednoczonych, dom. Oczywiście, jak się łatwo domyślić, większość zabudowań nie nadawała się na schron. Nie zmieniły tego stanu rzeczy bezpłatnie rozdawane przez rząd szczegółowe plany modelowego schronienia oraz broszury na temat przetrwania wojny atomowej, choć, dzięki nim wielu właścicieli domów budowało schrony na terenie swoich nieruchomości lub przynajmniej wyznaczało bezpieczny teren w piwnicy i zaopatrywało go w dwutygodniowy zapas żywności, wody i innych towarów.

Tak oto rozpoczął się trend tworzenia prywatnych schronień.

Czy schrony przeciwatomowe są dochodowe?

Krótko mówiąc – tak. Amerykanom w czasie Zimnej Wojny zależało przede wszystkim na utrzymaniu wysokich morale, starali się zatem jak największą ilość ludności przekonać, że może łatwo zapewnić sobie bezpieczeństwo. W liście opublikowanym w magazynie „Life” we wrześniu 1961 r. nawet sam prezydent Kennedy wzywał mieszkających na przedmieściach obywateli USA do instalowania na swoich podwórzach – prócz mebli ogrodowych i grillów – prywatnych schronów. W centrach miast ludność miała ukrywać się w specjalnie przygotowanych pomieszczeniach wewnątrz murowanych, solidniejszych od zwykłych budynków, fabryk lub urzędów, które w zamian za zgłoszenie gotowości do przyjęcia potrzebujących otrzymywały specjalne zapasy żywności i wody, jednak nierzadko, w czasie kontroli, okazywało się, że miejsca te zostały zgłoszone jedynie w celu uzyskania darmowych towarów, które natychmiast po dostarczeniu były rozsprzedawane.

Nic zatem dziwnego, że wiele osób preferowało schron ciasny, ale własny. Zwłaszcza, że polecane w latach 60. projekty, oparte o zasadę zrób-to-sam, można było wybudować wydając już od 150 do 200 dolarów. Takie, najczęściej zbudowane w rogu piwnicy, betonowe schronienie było najtańszym rozwiązaniem i rzekomo (zgodnie z komunikatami wydawanymi przez rząd) oferowało znaczną ochronę. Podobno już cztery stopy ziemi lub kilka stóp betonu znacznie zmniejszało poziom promieniowania gamma, które dotarłoby do zamkniętej w podziemnym schronie rodziny. Wentylację w takim pomieszczeniu zapewniać miała ręcznie zasilana dmuchawa podłączona rurą do mechanizmu filtrującego na powierzchni. Samo wejście miało być zaś skonstruowane z ostrym zakrętem, aby zmniejszyć intensywność radiacji.

Bardziej rozbudowane plany proponowały instalację generatora elektrycznego, aby zapewnić wszystkie wygody, jakie zapewniał zwykły dom. Propagowano obraz rodziny, której niczego nie brakuje, gdy spokojnie żyje wewnątrz swojego bunkra, radosna i bezpieczna. W schronie człowiek miał się czuć jak w domu.

Wolna amerykanka

Jak można się domyślić, pośpiech i oszczędność nie idą w parze z jakością. Przedsiębiorstwa budujące i instalujące schrony miały mnóstwo zleceń i wiele schronów przeciwatomowych zbudowanych w latach sześćdziesiątych nie zostało zaprojektowanych dobrze. Może i blokowały promieniowanie, ale nie zostały zbudowane tak, by zapewnić byt znajdującym się w ich wnętrzu ludziom wystarczająco długo, aby zagrożenie zniknęło. Brakowało im chociażby systemów wentylacji i usuwania odpadów. A ponieważ ziemia jest doskonałym izolatorem termicznym, w ciągu kilku tygodni zamieszkiwania, temperatura schronienia wzrastałaby o ciepło ciała mieszkańców. Bez dobrej wentylacji mogliby oni cierpieć z powodu wyczerpania cieplnego lub nawet umrzeć z powodu uduszenia.

W przypadku takich zagrożeń oczywistym jest, że wielu Amerykan marzyło o możliwości posiadania pewnego, przygotowanego przez prawdziwych specjalistów, schronu przeciwatomowego. Na fali takich oczekiwań, w listopadzie 1961 r. w magazynie „Fortune” ukazał się nawet artykuł Gilberta Burcka, przedstawiający plany Nelsona Rockefellera, Edwarda Tellera, Hermana Kahna i Cheta Holifielda którzy zastanawiali się nad budową olbrzymiej sieci betonowych podziemnych bunkrów umieszczonych na terenie całych Stanaów Zjednoczonych, mogących udzielić schronienia milionom ludzi i mających służyć jako bezpieczna kryjówka w razie wojny nuklearnej. To tylko potwierdza, jak bardzo w tamtych czasach schrony były modne, potrzebne i jak ogromny był na nie popyt.

Bunkrów nie ma…

Jak tymczasem było w innych państwach? Blok wschodni – oczywiście – stawiał na rozwiązania kolektywne. ZSRR zastanowiło się, jakie jest najbardziej publiczne miejsce, jakie może ufortyfikować i w efekcie zaprojektował naprawdę solidne, całkiem odporne na ataki jądrowe metro. Stąd też zresztą liczne postapokaliptyczne książki, których akcja osadzona jest w podmoskiewskich tunelach. Jeśli chodzi o pozostałe państwa, to podchodziły do ochrony przed wojną atomową naprawdę różnie. Niemcy posiadały schrony jedynie dla 3% ludności, Austria zaadaptowała dość budynków, by zapewnić bezpieczeństwo 30% obywateli, Finlandia – 70%, Szwecja zaś 81%. Prawdziwym ewenementem jednak była… Szwajcaria.

To górskie i wiecznie neutralne państwo zbudowało rozległą sieć schronów przeciwatomowych, nie tylko poprzez dodatkowe utwardzanie budynków rządowych, takich jak szkoły, ale także poprzez regulacje budowlane, które od lat 60. XX wieku wprowadzały wymóg tworzenia schronień we wszystkich budynkach mieszkalnych. Później ustawa ta dodatkowo wymagała, aby ​​wszystkie budynki mieszkalne zbudowane po 1978 r. zawierały schron przeciwatomowy zdolny wytrzymać wybuch 12 megaton.

Dzięki tym regulacjom na początku 2006 r. na terenie Szwajcarii było około 300 000 schronów, znajdujących się zarówno w prywatnych domach, jak i państwowych instytucjach i szpitalach, a także 5100 bunkrów publicznych, dających w sumie 8,6 milionów miejsc. Dużo. Właściwie na tyle dużo, że w przypadku wojny jądrowej Szwajcarzy mogą ukryć pod ziemią aż… 114% populacji swojego kraju.

Zapomnijcie o atomowej apokalipsie w USA. Kiedy w niebo wzlecą bomby, rzućcie wszystko, spakujcie narty i zwiewajcie w Alpy. Tam się wami zaopiekują.

 

Tagi:

Od lat uparcie i bez znacznych sukcesów usiłuję wprowadzić w swoim życiu równowagę pomiędzy snem, nauką, książkami, filmami, serialami oraz grami komputerowymi, planszowymi i fabularnymi. Żywię się głównie frytkami, czekoladą oraz nadzieją na to, że wkrótce będę mógł opuścić tę planetę. Czuję dziki i nieokiełznany lęk przed ewokami oraz serialowymi adaptacjami książek. Ale tak poza tym, to jestem optymistą.