Przeskocz do treści
Instagram Twitter Facebook Search Arrow right YouTube Sign In Sign Out Register User Print Arrow left
Strona główna » Blog » Mity i legendy » Skarb pory letniej, czyli jak sfinansować wakacje

Skarb pory letniej, czyli jak sfinansować wakacje

Nadszedł sezon. Nie ma w społeczeństwie zgody co do tego, jakiż on właściwie jest. Jedni twierdzą, że sezon ów jest parawaningowy, inni obstają przy sezonie urlopowym czy wakacyjnym, a niektórzy na przekór wszystkim, zapewne uwzględniając rolniczo-ziemiańskie korzenie przodków, zwą go sezonem ogórkowym. Tylko w jednym względzie panuje względna zgoda – w okresie fajrantowo-warzywnym warto gdzieś wyjechać. Tutaj jednak często okazuje się, że mamy jako naród niesamowite zdolności integracyjne – wszyscy solidarnie jedziemy na tym samym wózku. Pieniędzy mamy co prawda jak lodu, ale raczej w okolicach równika niż kręgu polarnego, więc myśl o wyjeździe natrętnie przywodzi wizję zmartwionego, zwiedzionego naszym zachowaniem konta bankowego w stanie zaawansowanej anoreksji. Co zrobić w takiej sytuacji? Odpowiedź jest dość prosta, choć z jakiegoś powodu nieoczywista.

Wystarczy minimalny wysiłek i latem możemy podróżować sobie jak paniska. Przynajmniej po Polsce. W jaki sposób? Ano od skarbu do skarbu. Wyobraźcie sobie, że leży tego u nas tyle, że jak tylko weźmiecie ze sobą dobry szpadel i latarkę czołową, bez problemu zapłacicie za wszystkie lody świderki i magnesy z żubrem. Może czasami trzeba będzie trochę zacisnąć pasa, ale byle od Złotego Pociągu do skarbu zbójców w Tatrach i jakoś to się ułoży! Do wszystkich skarbów oczywiście nie pomogę Wam dotrzeć, niech zostanie coś do zrobienia dla Was, ale na dobry początek macie kilka wskazówek, gdzie szukać nieprzebranych bogactw podczas ogórkowych wojaży.

Skarb dla ubogich w kaloszach

Kaplica w Chwarszczanach
Kaplica templariuszy w Chwarszczanach, źródło: Wikipedia, autor: Jan Jerszyński

Pierwszy skarb, jaki możecie wziąć na warsztat, to skarb Zakonu Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona, znanych pod bardziej chwytliwą ksywką templariusze. Okazuje się, że bycie ubogim rycerzem to bardzo intratna fucha, a majątek templariuszy szybko stał się taki raczej większy niż mniejszy. Kasy mieli ponoć na tyle sporo, że sypnęli kiedyś groszem będącemu akurat w finansowym dołku królowi Francji Filipowi IV. Król jednak nie okazał się modelowym wierzycielem i w podziękowaniu oskarżył templariuszy o wszystko, co najgorsze, prawdopodobnie łącznie z brakiem wrażliwości na urok szczeniaczków. Najbardziej przyczepił się do tego, że odeszli od wiary, i nie można być do końca pewnym, czy nie miał trochę racji – w końcu w pewnym momencie mogli przestać wierzyć, że im kiedyś tę kasę odda.

Zwykłą, standardową karą za taki występek było spalenie na stosie i odebranie mienia i to właśnie Jego Wysokość Pobożny Obrońca Wiary chciał urzeczywistnić. Pierwsza część wyszła mu koncertowo, druga – znacznie gorzej, gdyż skarb rozpłynął się był w… hmmm mrokach średniowiecza. Szukano go ze sporym zapałem przez setki lat, ale jak do tej pory nikomu się jakoś nie trafił, jest to więc idealna okazja dla Was. Zwłaszcza że może być on bliżej, niż sądzicie. Co prawda przeszukano już wszystkie sensowne miejsca, w których mógł zostać ukryty, i nic nie znaleziono, ale logiczne jest, że legendarny skarb o ogromnej wartości, którego nikt nie widział, musi przecież gdzieś być. Stworzono więc nową teorię – majątek templariuszy ma być ponoć ukryty w Chwarszczanach, które, jak co bystrzejsi mogli się zorientować, leżą u nas (w końcu bardziej polsko od nich mogą brzmieć chyba tylko Chrząszczyżewoszyce). To do tamtejszego zakonu joannitów miały bowiem zostać wcielone niedobitki templariuszy, którym tutaj jakoś udało się uniknąć stosów. Pod templum w Chwarszczanach, pod mokradłami i moczarami, miały ponoć powstać korytarze, które kryją jeden z najbardziej owianych tajemnicą skarbów w historii. Zważywszy jednak podmokłość terenu i ryzyko złapania kataru, jeśli porywacie się na ten majątek, weźcie może ze sobą jakieś stylowe kalosze i taką fajną folię przeciwdeszczową z kiosku.

Jeśli skarb rzeczywiście ukryty jest pod zabytkową kaplicą joannitów, byłoby to ze strony templariuszy miłe zadośćuczynienie dla Polaków za to, jak załatwili nas z piątkami trzynastego. Według tradycji to od nich bowiem wzięła się wyjątkowa pechowość tych dni. Właśnie w piątek 13 października 1307 roku najważniejsze persony zakonu zostały aresztowane i skazane na spalenie na stosie. Jako że płonący mistrz rzucał klątwy na króla i papieża, zapowiadając im rychłą śmierć, która faktycznie nadeszła w obu przypadkach, można rzec, że nie był to najszczęśliwszy dzień również dla tych ofiarnych strażników wiary. Przyjęło się więc i trzyma do dziś, że tego dnia wszystko zdarzyć się może, prawdopodobnie poza trafieniem szóstki w totka.

Majątek spoczywający w pokoju

Bursztynowa komnata
Bursztynowa komnata, źródło: Wikimedia Commons, autor: Sapieszka

Nieco nowszy i lepiej udokumentowany historycznie skarb, na który możecie się porwać, to Bursztynowa Komnata. Zgrabny pokoik w całości pokryty dziełami z masy bursztynowej walnął sobie Fryderyk I Hohenzollern w XVIII wieku. Widać jednak kącik dumania średnio przypadł mu do gustu (może za skromny?), więc zrobił to, co wszyscy robimy z niepraktycznymi rzeczami, które nie bardzo mamy gdzie trzymać. Mianowicie, zwinął ją w gustowną, raczej większą paczuszkę i wysłał w prezencie kumplowi, Piotrowi I Aleksiejewiczowi Wielkiemu – carowi Rosji. No i jedno z dwojga – albo carowi bursztyn podpasował bardziej, albo żaden z jego kumpli nie miał akurat imienin ani rocznicy wyjścia z wojska, bo komnata u Romanowów została na trochę dłużej. Konkretnie do 1941 roku, kiedy to Niemcy uznali, że doskonałą rozrywką będzie zniszczenie Carskiego Sioła. Wtedy Bursztynowa Komnata znów trafiła do paczuszek i pojechała w piękną podróż przez Rosję, aż do Królewca. Tam sobie ponoć spokojnie odpoczywała do 1944 roku, a co z nią było potem – nie wiadomo.
Co prawda wtedy to zamek w Królewcu doszczętnie spłonął, ale założenie, że Bursztynowa Komnata zrobiła to samo, wydawało się zbyt głupie i jakoś nikomu nie pozostało w głowie na dłużej. Oczywiste jest, że musi gdzieś być, czekając na swojego rycerza na białym rumaku. Jeśli chcecie pretendować do miana takiego właśnie herosa, macie szczęście – położenie komnaty jest dość precyzyjnie określone. Jest ona albo w niemieckim statku MS „Wilhelm Gustloff” na dnie Bałtyku, albo w samolocie na dnie jeziora Resko Przymorskie, albo na dnie któregoś fińskiego jeziora, albo w  Bolkowie, Lidzbarku Warmińskim, Pasłęku lub Człuchowie, już nie na dnie, a w zamkach, albo jeszcze gdzieś indziej. Wystarczy po prostu sprawdzić.

Pierworodny syn i pieskie życie

mapa skarbów
Źródło: Pixabay, autor: MasterTux

Ciekawa historia wiąże się też ze skarbem, który ma kryć się w podziemiach zamku w Olsztynie. Ten ma mniej szlachetne, bo kupieckie pochodzenie. Otóż pewien kupiec w interesach był ponoć tak doskonały, że zapragnął robić je, powiedzmy, na najwyższym szczeblu. Mianowicie obiecał Bogu syna w zamian za pomyślność dla rodziny (pewnie jakieś bliższej niż syn). Jego potomek, jako swoista dwunożna zapłata, miał się udać do zakonu i tam sobie spędzić resztę żywota. Żeby jednak nie podróżował sam, ojciec dał mu dla otuchy skrzynie z niewyobrażalnym skarbem. Skarb miał być dla jego latorośli jedynie przelotną znajomością, chwilowym kompanem podróży, później zaś powinien był trafić do dóbr zakonnych. Traf jednak chciał, że syn ów do skarbu zapałał miłością żywą i tak płomienną, że mu w serduszku miejsca na uczucie do życia zakonnego jakoś nie starczyło. Wybrał się więc ze skarbem i z ulubionym psem do Olsztyna, a tam ukrył skrzynie w zamkowych, nieużywanych lochach, pozostawiając na straży pieseła. Sam zaś uszczknął nieco ze skarbu i poszedł w miasto, zapewne rozdawać jałmużnę i czynić życie bezdomnych lepszym.

Szybko jednak los pokarał go, pewnie mniej za defraudację, bardziej zaś za pozostawienie psa na pastwę losu. Gdy wracał po swoje dobra, napadli na niego ludzie ojca, który widać chęć syna do życia zakonnego wyczuł ojcowskim instynktem i postanowił zachęcić go bardziej. Metody łagodnej perswazji prawdopodobnie okazały się niewystarczające w obliczu wielkiego uczucia do majątku, bo walka szybko zmieniła się w raczej krwawą niż werbalną. Gdy niedoszły zakonnik został ciężko raniony, napastnicy uciekli w popłochu, a on sam doczołgał się do skarbu, tam zaś wziął i umarł. Pieseł, co specjalnie nie dziwi, okazał się stworzeniem o charakterze najbardziej kryształowym i do dziś pilnuje zawzięcie własności swego pana. Ma go oddać ponoć jedynie osobie o dobrym sercu, która w pogardzie ma względy finansowe. Osoby niekonwencjonalnie altruistyczne co prawda nigdy z takiej wyprawy po skarb nie powrócą, ale czego się nie robi, żeby pogłaskać pięknego, kilkusetletniego pieseła w dobrym stanie?

Historia słowiańsko-indiańska z duchem w tle

zamek w niedzicy
Zamek w Niedzicy, źródło: Wikipedia, autor: Łukasz Śmigasiewicz

Jeśli macie ochotę na bardziej egzotyczny skarb, możecie wystarać się o kosztowności Inków – takie też mamy na stanie. Jak już mogliście przeczytać w artykule Jak się u nas straszy, nieprzebrane te bogactwa miały się znaleźć w zamku w Niedzicy, a to za sprawą pewnej indiańskiej damy. Dama ta imieniem Umina była córką Indianki i niedzickiego dziedzica, który znalazł się w Ameryce Południowej prawdopodobnie z nudów. Słowiańsko-indiańska mieszanka genów musiała u Uminy dać niezłe rezultaty, bo zrobiła całkiem dobrą partię – poślubiła wodza wioski. Wódz miał ponoć wielki skarb i jeszcze większego pecha w życiu. Jako Słowianin przez małżeństwo poczuł się w obowiązku wziąć udział w skazanym na porażkę powstaniu Indian przeciwko Hiszpanom, co skończyło się tak, że szybko umarł.

Obrotna żona po jego śmierci zabrała jednak syna i kosztowności Inków i udała się z nimi do Europy. Wtedy to pan na Niedzicy postanowił ukryć w swoim majątku zarówno swój sens istnienia i największy skarb, jak i córkę z wnukiem. Ze skarbem udało się lepiej, z rodziną gorzej – Uminę Hiszpanie znaleźli od razu, majtku Inków nikt nie odnalazł do dzisiaj. W ramach przewodnika i lokalnej atrakcji pozostała jednak sama Umina w charakterze lokalnej pani duch, wskazującej drogę do skarbu. Jakoś do tej pory nikt go nie odnalazł, ale to słaby dowód, że go tam nie ma. Jeśli więc chcecie znaleźć skarb Inków, szukajcie w Niedzicy półprzezroczystej damy w pogardzie mającej tnące szpony mrozu, słońce pustyni i prawo grawitacji. Potem będzie już z górki.

Sami widzicie, że wielkie bogactwa są wręcz na wyciągnięcie ręki i nie zostały znalezione wyłącznie przez przeoczenie. Może to więc idealna okazja właśnie dla Was? 😉

Tagi: , ,

Filolog z przypadku, leń z natury. Jeśli nie musi, to piechotą nie chodzi, ale ujdzie w tłoku. Zdarza się, że coś jej chodzi po głowie, chociaż nigdy przed 9 rano. Za to jej miłość do seriali przechodzi ludzkie pojęcie. Lubi chadzać swoimi ścieżkami, mimo że radzą jej raczej pójść po rozum do głowy.


Komentarze