Przeskocz do treści
Instagram Twitter Facebook Search Arrow right YouTube Sign In Sign Out Register User Print Arrow left Logo Date Slogan PL Slogan EN
Strona główna » Blog » Horror » Korzystając z faktu, że felietoniści wzięli urlop…

Korzystając z faktu, że felietoniści wzięli urlop…

Teatrzyk Krnąbrna Latawica i Setki Zamarłych W Niemym Przestrachu Syren Przeciwlotniczych ma zaszczyt przedstawić sztukę pod wielce znaczącym i szokującym tytułem:
Śmiertelnie poważny felieton (-ćwierć) o upiornie poważnym zgonie (wielokrotnym) w straszliwie poważnym domu (i przyległościach), wywołany brakiem pozostałych felietonistów w pracy, a co za tym idzie pełną dowolnością w tematyce, formie i treści pisaniny; na pohybel redaktorom, to moje literówki i jestem z nich dumny; ten tytuł chyba zaczyna być za długi – później go poprawię.

Groteskowy przypadek wielokrotnego morderstwa i cierpienia młodych funkcjonariuszy

Bloodbath at the House of Death, kadr 1
Kawa i papieros to podstawa diety każdego policjanta przechodzącego za dwa dni na emeryturę

Patrzcie uważnie – albowiem zabiorę Was w podróż tak barwną i tak głęboką; tak technicolor i tak dla-dorosłych; tak prawdziwą i zdolną odmienić Wasze życia, jak tylko dzieło kultury zaklęte na taśmie celuloidowej potrafi!
Pewnej niczym się nie wyróżniającej, acz jakże ważnej dla fabuły nocy, pod szyldem głoszącym „Businessman’s Week End Retreat and Girls Summer Camp” gromadzą się zakapturzeni osobnicy, zbrojni w siekiery, noże, włócznie, tasaki, zapędy groźne i zamysły złowrogie. Przemocą wdzierają się do domostwa, by w sposób okrutny, krwawy i brutalny pozbawić życia kilkunastu osób.
Ah, drodzy państwo! Cóż to za okrucieństwa się dzieją na naszych oczach? Bezeceństwa czynione tasakiem, hakiem, strzelbą, karniszem, dobrze wycelowanym piorunem i defenestracją?! Jak strasznych obrazów jesteśmy świadkami?!
Niezbyt strasznych dla jakiegokolwiek fana horroru, to pewna, ale trzeba przyznać, że scenarzysta się nie certolił i od pierwszych minut filmu zdecydował się oblewać obiektyw kamery litrami syropu kukurydzianego udającego krew.
Nazajutrz na miejscu zbrodni gromadzi się lokalna policja. Zbiera pozostałości ofiar szufelką do woreczków, obrysowuje zwęglone paputki truposzy kredą, zdejmuje z wysiłkiem zwłoki z parapetu pierwszego piętra, a także – bez przekonania – narzeka na swój pieski los.

Zdeterminowani badacze w trakcie dochodzenia (do knajpy) i śpiew

Bloodbath at the House of Death, kadr 2
Strzeż się pubów, młody badaczu, albowiem czyhają tam śpiew, alkohol, podejrzana konduita i sukienki w obrzydliwe grochy…

Tak rozpoczyna się Bloodbath at the House of Death, dzieło tak dramatyczne, że przyprawiłoby samego Szekspira o spazmy zazdrości.
Wiele lat później (czyli więcej niż półtora roku) do domostwa ruszają dwójkami zespoły naukowców z całego świata, zakontraktowanych przez rząd (bliżej nieokreślony), aby zbadać niepokojące zjawiska i makabryczne przypadki mające miejsce u celu ich podróży – a także bliżej niesprecyzowane promieniowanie elektromagnetyczne, które według wskazań aparatury dobywa się gdzieś z okolicy.
Naukowcy dzielą się ekspozycją, zadzierzgają ze sobą znajomości, poruszają ważkie tematy – jak choćby bycie naukowcami jadącymi w celu zbadania niepokojących zjawisk i makabrycznych… No, sami rozumiecie.
Gdy jedna z par dociera do lokalnego pubu (w żadnym wypadku nie planując uczestniczyć w libacjach, a jedynie aby zapytać o drogę), napotyka na dziwny znak, który najwyraźniej posiada na dłoni każdy bywalec knajpy. Takie oko w pieciokątnym znaku Supermana.
Próby dowiedzenia się czegoś więcej na temat celu podróży kończą się ogólnoknajpianym śpiewaniem – całkiem harmonijnie, a na pewno z większym entuzjazmem niż podczas przeciętnego wieczorku karaoke – o morderstwach i sposobach, w jaki zostały przeprowadzone. Wszak nic tak nie przekazuje wiedzy na temat wielokrotnego ludobójstwa, jak radosna pieśń.
Próby załatwienia potrzeby fizjologicznej w krzakach za pubem kończą się odkryciem zwłok barmanki, wiszących z gałęzi drzewa do góry nogami.
I śmierć im towarzyszy. I ponure widmo zagłady. I pobladłe z bólu kruki zniechęcenia zapewne też, chociaż żadnego akurat nie widać!
Ale nic to! Nasi nieujarzmieni naukowcy wszak muszą zmierzać do swego celu, aby odkrywać, co zakryte, badać, co niezbadane i dostawać ataków paniki na wieść o czyjejś śmierci – ataków tak groteskowych, że tylko danie komuś w pysk może je uspokoić. W rzeczy samej – nie dostanie w pysk podczas ataku – obdarzenie kogoś bogu ducha winnego siarczystym ciosem w twarz.
Nigdy nie miałem ataku paniki wywołanego czyjąś śmiercią, ale potrafię uwierzyć, że też miałbym ochotę komuś dać po staropolsku w mordę, gdybym dusił się ze strachu.

I wtedy wchodzi nikt inny, tylko On – cały w czerwieni!

Bloodbath at the House of Death, kadr 3
Matematycznie udowodniono, że Vincent Price samą swoją obecnością sprawia, że film jest lepszy o przynajmniej 70%

…Nagromadzenie absurdu jest tak znaczne, że kiedy w 23 minucie pojawia się Vincent Price, nie mamy już siły wiwatować, tak wiele energii pożarł nam radosny kwik dobywający się z głębin naszych trzewi.
Wzmiankowany, z pomocą palnika acetylenowego topi twarz zwłok barmanki, a kiedy słyszy od stojącej nieopodal kobiety, że to bez sensu, obrusza się, oburza i wpada w natchniony słowotok, tłumacząc wszem i wobec (ale głównie tym paru osobom w zasięgu słuchu), że oto on jest archi-uczniem samego Szatana i Belzebuba i Zła Wcielonego i mądrość w nim taka, a wiedza nieznośna i jedynie on zna zamysły jego mrocznego pana, albowiem jest tym, kim jest, i żaden plebejusz nie obejmie umysłem tajemnej wiedzy, albowiem wiedza jest tajemna i mroczna i nie dla plebejuszy.
Kobieta słucha tej przemowy, po czym delikatnie sugeruje Vincentowi, żeby się odwalił.
Trudno pojąć, jak ktokolwiek może mieć tyle odwagi, by w te słowa odezwać się do samego Vincenta – który najwyraźniej świetnie się bawi, odgrywając swoją rolę nadmiernie dramatycznego, pompatycznego, skłonnego do przemów i nadętego przywódcy kultu i/lub liczącego sobie siedem stuleci nieumarłego (jak twierdzi, jako że nic w filmie na to nie wskazuje)…
…Pisząc to czuję się, jakbym spożywał niebezpieczne ilości sfermentowanego soku z gumijagód.
Czy wspominałem, że jeden z naukowców ma mechaniczną nogę? Nic to, wszak film też nie uznał za stosowne do tego momentu poruszyć tego tematu! (I, właściwie, nie jest to w jakikolwiek sposób tłumaczone). Ważniejsza jest poruszająca retrospekcja ukazująca przeszłość naszego jakże wspaniałego naukowca!

Zaskakujące kulisy tragicznej przeszłości i skalpel

Bloodbath at the House of Death, kadr 4
Jeśli myślicie, ze znalezienie zguby w zabałaganionym pokoju to problem – spróbujcie coś znaleźć w czyichś jelitach!

Naukowca, który w trakcie opowiadania o swych dawnych cierpieniach zaczyna mówić z coraz wyraźniejszym niemieckim akcentem. Z bólem, jaki wzbudzają w nim wspomnienia, opowiada, jak to wyśmiany został przez zazdrośników, pragnących za wszelką cenę go ośmieszyć – mimo, a właściwie głównie dlatego, że był najlepszym chirurgiem w całym Frankfurcie. Ja, in ganz Frankfurt! Okpiony przez jeden drobniuteńki błąd w trakcie operacji (monokl mu wpadł do wnętrzności pacjenta), doprowadzony do desperacji, cierpiący jak nikt nigdy przed nim, zaczął rzucać w towarzyszących mu w operacji pielęgniarzy mięsem – mięsem pochodzącym z wnętrza operowanego, dodajmy! Cierpienie, jakie mu zadali nieczuli ludzie, zazdrośnicy co do jednego, prześladuje go do teraz – mimo że świadom jest, że był najlepszym chirurgiem świata. Allerbest! Genau!
Ale czas ruszyć dalej z fabułą do przodu, tym bardziej, że retrospekcja rozmywa się nam przed oczami – zupełnie, jakby oczy nasze przymglone były od łez nad niedolą naukowca, a nie kiepskim wykadrowaniem kamery…

Niemniej zaskakujące kulisy jeszcze bardziej tragicznej przeszłości i konfesjonał

Bloodbath at the House of Death, kadr 5
Jedni głaszczą kotki, inni pieski, a jeszcze inni – odciętą głowę matki. Ważne, żeby akt głaskania obniżał nam ciśnienie!

Obserwujemy, jak inna badaczka pieczołowicie rozpakowuje swoje walizki, układając w szafach pokoju gościnnego typowe narzędzia naukowca – baty, bicze, knuty, pejcze – a tymczasem – w kuchni siedzi mysz!
Co prawda obserwowanie jakże interesującej myszy przerywa nam kolejna retrospekcja, ukazująca drastyczne dzieciństwo badaczki, wychowywanej przez fanatycznie religijną, kołtuńsko okrutną i dewocyjnie opętaną matkę wiecznie chodzącą w przenośnym konfesjonale, ale wspomnienie to jest równie ciekawe jak rzeczony gryzoń, zapewniam.
Tym bardziej, że badaczka najwyraźniej ma zdolności kinetyczne porównywalne do Carrie – które to moce wykorzystuje, by zdekapitować matkę otwieraczem do konserw.
…Nie jestem pewien jak, mimo że scena rozegrała się przed moimi oczami, ale na tym etapie (a to dopiero 36 minuta) uwierzę we wszystko.
Poza tym nic tak nie mówi o miłości do matki, jak trzymanie jej odciętej głowy przy piersi. Ani to, że wspomnienie wywołane jest skaleczeniem w palec.
Tymczasem w kuchni nie ma już myszy – ale nie ma też jedzenia, co zauważają bohaterowie, daremnie poszukując jakiejś strawy i dyskutując o nieobecności kucharza. Kucharza, którego zwłoki wiszą obecnie na haku w podziemnej chłodni domu!

Kulinarny horror pełen złowrogiego ciasta i leśniczy koszmar pełen okrutnego zaśpiewu

Bloodbath at the House of Death, kadr 6
To dość niefortunne tak stanąć w płomieniać i skonać do szczętu

Podsumowując – nie ma w kuchni ani gryzoni, ani pożywienia, ani nikogo, kto by cokolwiek ugotował – jest za to rozmowa o udręczonych duszach zamordowanych w domu ludzi – w trakcie gry wstępnej, pojawiającej się równie znienacka co popis wiolonczelowy jednego z naukowców w nieodległej toalecie. To przecież całkowicie naturalne, że w kuchniach zaczynają się romanse, a w toaletach koncerty na wiolonczelę i smyczek!
Nagromadzenie absurdu przedstawianego naszym oczom sprawia, że kiedy bohaterowie odkrywają złowrogie, jarzące się światłem i oddychające ciasto w zamrażarce, jesteśmy w stanie uwierzyć, że to całkowicie normalne zjawisko. Badacze zresztą też w to wierzą, bo decydują się je zjeść. Ciasto, nie zjawisko. Chociaż technicznie rzecz ujmując, jako że ciasto jest zjawiskiem, to zjawisko też uznają za stosowne – niejako mimochodem – spożyć.
Tymczasem satanistyczny kult pod wodzą Vincenta Price’a rusza ku domostwu w celach złowrogich, okrutnych i – miejmy nadzieję – przynajmniej odrobinę wyuzdanych. Podróż przez las stwarza im niejakie problemy, jako że nic nie widzą spod kapturów. I przynajmniej jeden z nich jest faktycznie niewidomy. Mamrotanie satanistycznej mantry szybko przeradza się w nucenie Daisy Bell – i to nie dlatego, że utożsamiają się z morderczą sztuczną inteligencją z Odysei Kosmicznej 2001. Zapytacie – dlaczego zatem nucą tą piosenkę?
Nie mam pojęcia, ot co.
Zresztą w niczym to nie przeszkadza, jako że Vincent Price w lesie, spowity gęstą mgłą, wznoszący modły do mrocznego, pana prezentuje się (jak zresztą zawsze) niesamowicie.
Odkrycie przez niezłomnych bohaterów ukrytych drzwi w biblioteczce zapewne pchnęłoby fabułę na nowe tory, gdyby nie fakt, że fakt ten zostaje kompletnie przeoczony.
Podczas kolacji jeden z naukowców ma atak niestrawności i pada na stół w niezgorszej parodii sceny z Obcy Ósmy Pasażer Nostromo. Ale żołądek się mu uspokaja i właściwie to po chwili już nic mu nie jest.
Tymczasem w trakcie nieudanego rytuału Vincent Price staje w płomieniach. I czuje się zażenowany, że po siedmiu stuleciach oczekiwania na powrót Złego spłonie i nie będzie mu dane być całego ambarasu świadkiem. Zaiste – wręcz czuje się skrępowany takim rozwojem wypadków tuż przed tym, jak płomienie kompletnie go pochłaniają.

Przerażająca konkluzja historii i finał nie z tej ziemi

Bloodbath at the House of Death, kadr 7
Jakże złowrogo tak stoją! W okrutnym rzędzie! Z straszliwej czerwieni! Z groźną pustką wymalowaną na twarzach!

Z popiołów zaś powstają idealne kopie naszych bohaterów.
Dlaczego? Naprawdę sądzicie, że jest sens zadawać to pytanie?
Kopie nie szczędzą czasu i wysadzają (wzrokiem) kultystów w powietrze. Huk niosący się ponad lasem i miedzą i gumnem dochodzi do uszu naszych dziarskich badaczy, którzy przez chwilę zastanawiają się, co to za dźwięki. I dochodzą do wniosku, że brzmi to jak grupka wybuchających kultystów. Po czym ignorują to kompletnie, dając popis typowej angielskiej flegmy.
Właśnie mija godzina od rozpoczęcia filmu, a ja nie wiem, czego się trzymać – albowiem ściany umykają przed mymi dłońmi, a podłoga tańczy w niepokojący, acz dobrze wyreżyserowany sposób nawiązujący do popisów tanecznych „wewnętrznej bogini” wspominanej co i rusz przez autorkę Pięćdziesięciu twarzy Greya. Tylko bardziej gustownie.
Ostatnie pół godziny filmu okazuje się nieogarnionym chaosem, jako że idealne kopie badaczy zabijają rzeczonych i nikt – kopie, badacze i oglądający (a zapewne także twórcy filmu) – nie ma pojęcia, kto kogo i ile razy zabija.
Śmierć niesiona jest naukowcom garotą, ostrą słuchawką od telefonu, przewodzącą elektryczność metalową protezą nogi, pluszowym misiem-nożownikiem, krwiożerczym krecikiem, mieczem świetlnym, toaletą…
Gdy już prawie każdą postać spotyka tragiczny i bolesny koniec, widzowi pozostaje odkryć straszliwą prawdę – dom tak naprawdę zawsze był statkiem kosmicznym obcych, którzy nie tolerują u siebie obcych! Dlaczego obcy nie tolerują obcych jest w istocie zagadnieniem z pogranicza nauk społecznych i filologicznych – ale nie jest tematem oglądanego filmu.
Jedyna ocalała badaczka, zapędzona w kozi róg, znikąd nie widząc pomocy, uratowana zostaje przez niewidzialny byt, który niczym Twardowskiego unosi ją do księżyca. Albo przynajmniej do połowy drogi, jako że później scenarzysta traci zainteresowanie sytuacją i woli ukazać pojazd kosmiczny obcych odrywający się od naszej staruszki Ziemi w celu wyruszenia w wojaże po kosmosie albo przynajmniej – po sąsiedztwie.

Drastyczne podsumowanie i melancholijny brak sensownych wniosków

Bloodbath at the House of Death, kadr 8
Trochę ET, trochę Final Girl, ale ogólnie to wprost nie wiem, co powiedzieć…

Czy jest to film idealny? Nie. Sporo dowcipów się kiepsko zestarzało i dzisiaj zgrzytałoby mocno po fałdach kory mózgowej.
Czy jest to film straszny? Mniej więcej tak bardzo, jak Airplane! – czyli w ogóle. I jednocześnie obydwie produkcje łączy nienajwyższej jakości humor bazujący na slapsticku, nawiązaniach popkulturowych i sparowany ze śmiertelną powagą postaci widzianych na ekranie.
Czy jest to film zabawny?
Prędzej użyłbym określenia histeryczny. Jest dramatycznie niedoceniony, zapomniany przez dzieje, historię, annały, archiwa i cokolwiek, co tam może filmy zapominać. Na pewno nie popełnia największego grzechu, jaki może być udziałem horroru – nie jest nudny. Nagromadzenie purnonsensownego humoru, zaskakujących i absurdalnych wątków jest takie, że półtorej godziny filmu kończy się zdecydowanie za szybko.
Czy przesadziłem, opisując niektóre ze scen?
To pozostanie między mną, moją klawiaturą i kącikiem, w którym ściany i podłoga tańczyły najmniej.
Czy jest to produkcja idealna na przerwę wakacyjną, kiedy nie ma nikogo, kto mógłby mnie powstrzymać przed pisaniem bzdur na stronie?
Rzecz jasna!

 

(Wszystkie użyte grafiki pochodzą z IMDb.com)

Tagi: , ,

Komentarze