Wielce luźne rozważania o tym skąd w nas pociąg do moralnie niejednoznacznych postaci
6 kwietnia 2026
Jeszcze nie tak dawno temu popkultura operowała dość prostym podziałem: bohater był dobry, dzielny i silny, a jego kręgosłup moralny nie uginał się nawet pod ciężarem odpowiedzialności za cały świat. Z kolei złoczyńca był – no nie zgadniecie! – zły do szpiku kości, wręcz karykaturalny w swoich monologach o doznanych krzywdach i niestrudzony w próbach uprzykrzenia życia protagoniście. Wszystko w imię konfliktu, który – no a jakże – był niezbędnym napędem dla fabuły. Czy coś się w tym temacie zmieniło?
Zmienił się przede wszystkim cel, w jakim powstawały kolejne opowieści, przekazywane następnym pokoleniom (najpierw słuchaczy, a potem – czytelników i widzów). W najstarszych mitach, legendach i eposach podział na dobro i zło był wyraźny i miał określoną funkcję: historie te miały pełnić rolę dydaktyczną – były tworzone, by uczyć, ostrzegać i przekazywać wartości zgodne z tymi, jakie w danym okresie były postrzegane jako najbardziej pożądane w społeczeństwie. W dzisiejszych czasach funkcja ta nie rozbrzmiewa już tak głośnym echem, ustępując pola innej roli opowieści – głównie rozrywkowej.
W czasach, gdy zło było proste i jednowymiarowe
W mitologii czy baśniach antagonista często był personifikacją konkretnego zagrożenia lub wady, którą szczególnie chciano napiętnować. Stanowił też wyraźny kontrast dla kryształowych cech protagonisty. Czarnymi charakterami często były potwory lub istoty tylko częściowo podobne do ludzi. Hydra nie miała skomplikowanej psychologii, tak samo wszelkie smoki (i smokopodobne stwory) czy inne maszkary rodem z zaświatów. Łączyło je jedno: były przeszkodą, z jaką musiał zmierzyć się dzielny heros, posiadający – cudowny zbieg okoliczności! – cechy uznawane za dobre i wartościowe. To samo można zauważyć w średniowiecznych moralitetach: postacie, choć pozornie mogły być ludźmi, to jednak stanowiły pewien symbol. W tamtych czasach dobro i zło funkcjonowały bardziej jako abstrakcyjne koncepty, a nie wynik indywidualnych wyborów ludzkich.
W podaniach ludowych czarne charaktery też były nie do końca ludzkie – weźmy takie wiedźmy, wilkołaki, wąpierze czy insze nocne straszydła, spędzające naszym przodkom sen z powiek. Swego czasu pisałam o tym w tekstach zarówno o wampirach, jak i wilkołakach (i pewnie jeszcze do Was wrócę z jakimś artykułem z tej serii, bo jest szalenie ciekawa!), ale przypomnę, że ukąszenie przez taką bestię było tylko jednym z wielu sposobów na stanie się potworem. Krwiopijcą mogła zostać osoba przeklęta, ale też taka, która targnęła się na własne życie… i nie zapominajmy o rudych, leworęcznych, „jedno-brewych” i innowiercach. Zapach zmokłego psa mógł przynieść do domostwa osobnik porośnięty gęstym owłosieniem, ze środkowym palcem tej samej długości, co wskazujący, a jak jeszcze miał tendencję do bycia gburem, introwertykiem i mieszkał w odosobnieniu, to już nic tylko krzyczeć do szwagra: „Jędrek, łapaj za widły, toć to wilkołak…!”.
Niemniej, bo odbiegam od tematu, a my tu przecież o złoczyńcach i ich rosnącym fenomenie mieliśmy rozprawiać! W każdym razie sami widzicie, że wizja zostania takim czy innym straszydłem mogło być postrzegane jako przestroga sama w sobie: nie popełniaj samobójstwa, nie bądź gburem i odludkiem, zwłoki bliskich pochowaj zgodnie z obyczajem i rób (lub nie rób) szeregu innych rzeczy, których niezrobienie (lub zrobienie) może odbić się na Tobie samym, w tym albo następnym życiu. Musicie przyznać, że to całkiem dobry straszak, żeby nie odstępować od wiary i szanować obyczaje, czyż nie? Jak dodać do tego jeszcze fakt, że ludowe czarne charaktery zazwyczaj były chciwe, egoistyczne i pozbawione moralności, to lepiej było… nie podpadać.
Nie da się jednak zaprzeczyć, że antagoniści byli niezwykle istotną częścią morału w baśniach i opowieściach: poza tym, iż zniechęcali do niektórych czynności, to wymierzali karę bohaterowi, który nieopatrznie im się naraził (i potem – biedaczek – musiał odpokutować swoje mniej lub bardziej wydumane przewiny) czy też byli uosobieniem zagrożeń. W końcu, żeby nie szukać daleko: zła wiedźma była zła, bo stanowiła reprezentację chaosu, niebezpieczeństwa oraz tego, co nieznane i zagrażające. Wilk z Trzech małych świnek był ręką sprawiedliwości (czy raczej: jej kłami) i pożerał te prosiaczki, które mają na swoim koncie fuszerkę ostatniej dekady przy stawianiu swojej chatki (dzisiejsi budowlańcy mogliby z tej historii wyciągnąć jakiś głębszy morał). Złoczyńca nie musiał być interesujący i posiadać głębię psychologiczną – miał być jednoznaczny, a jego figura musiała personifikować niepożądane cechy i wartości w sposób niebudzący u odbiorcy żadnych wątpliwości. Siłą rzeczy nie było w tym momencie miejsca na utożsamianie się z antagonistą czy cień sympatii, jaki można było do niego żywić.
Zmierzch nieskazitelnych bohaterów
Literatura – jak wiele innych dziedzin życia – poszła jednak do przodu, a im dalej w las się zapuszczała, tym częściej autorzy kwestionowali prosty podział na dobro i zło. Nie wiem, czy wiecie, ale przełomowe w tym temacie okazały się sztuki Williama Szekspira oraz kreowane przez niego szwarccharaktery – złożone, wielowarstwowe i budzące sympatię u odbiorców tego wybitnego dramaturga. W końcu o wiele łatwiej jest zapałać cieplejszymi uczuciami do kogoś, kogo motywacja jest zrozumiała, bo… spowodowana jest tymi samymi słabościami, co nasze własne, prawda? Stanowiło to na tyle świeży trend w sztuce, że – maturzyści, notujcie, może Wam się to przydać już niedługo! – pojawiło się pojęcie „Szekspirowski czarny charakter”. Na szczęście moda na pogłębianie rysów psychologicznych antagonistów padła na podatny grunt i przyjęła się – w późniejszych latach kontynuowali ją kolejni artyści oraz twórcy.
I chwała za to każdemu, kto dołożył do tego nurtu swoje trzy grosze, obecnie bowiem oczekuje się od złoczyńców, że będą przede wszystkim ciekawi lub – to absolutne minimum z minimum – wiarygodni psychologicznie. Prości antagoniści o banalnych motywach (lub nawet bez nich), pozbawieni kręgosłupa moralnego i źli dla samej idei bycia złymi są aktualnie utożsamiani raczej z animacjami dla najmłodszych (choć i to coraz rzadziej, bo także dziecięcy odbiorca częściej kwestionuje takie charaktery), a nie produkcjami dla starszego widza czy czytelnika. Ot, silne jest w nas zapotrzebowanie na postacie mające pewne cechy szwarccharakteru, z jakimi możemy się utożsamiać, a nawet – uwaga, to będzie dopiero coś – kibicować im lub nawet je podzielać.
Dziś to nie herosi przyciągają największą uwagę odbiorców, lecz antagoniści. Postacie takie jak Joker, Loki czy Darth Vader stały się ikonami nie tylko dlatego, że stoją po „ciemnej stronie”, ale dlatego, że są zwyczajnie bardziej fascynujące niż ich przeciwnicy.
Złoczyńca jako lustro rzeczywistości
Klasyczny bohater – ten odważny do granic możliwości, szlachetny niczym najprawdziwszy diament, kierujący się jednoznacznym kodeksem postępowania i z kręgosłupem moralnym tak twardym, że prędzej pęknie, niż się ugnie – wciąż istnieje, miewa się nawet całkiem dobrze. Sęk w tym, że już niekoniecznie jest centralnym punktem zainteresowania odbiorcy danej opowieści. Nie będę tu zapewne wróżyć z fusów (głównie dlatego, że kawę piję rozpuszczalną), jeśli zaryzykuję stwierdzenie, że powód jest prosty: współczesny widz, czytelnik czy gracz niekoniecznie widzi w tak wykreowanym herosie odbicie dzisiejszej rzeczywistości. Szybko uczymy się, że świat nie jest czarno-biały (bo – wiecie – po drodze jest nie tylko całe spektrum odcieni szarości, ale także wiele innych barw), a ludzkie decyzje rzadko są jednoznacznie dobre lub złe. W efekcie postaci bez skazy zaczęły wydawać się… płaskie. Ich wybory są przewidywalne, motywacje oczywiste, a rozwój ograniczony (bo lepsze już niekoniecznie będą, a rola złola jest już zwykle obsadzona). Tymczasem złoczyńcy oferują coś znacznie ciekawszego: konflikt wewnętrzny, niejednoznaczność i często zaskakującą logikę działania.
Współczesny antagonista bardzo rzadko jest „zły, bo tak”. Jego działania wynikają z konkretnych doświadczeń, przekonań lub traum i już samo to czyni go bliższym odbiorcy i mniej odklejonym od rzeczywistości. Weźmy takiego Dartha Vadera – on nie zaczyna swojej historii jako tyran: to postać tragiczna, której upadek i przejście na „ciemną stronę Mocy” jest wynikiem strachu, straty, manipulacji i błędnych wyborów podjętych pod wpływem tych emocji czy podszeptów kogoś, kogo uważa za autorytet. Z kolei Joker w wielu interpretacjach staje się symbolem chaosu, ale też produktem społeczeństwa, które go odrzuciło i zostawiło bez wsparcia. Podobny mechanizm widzimy u Killmongera z filmu Black Panther – jego działania są brutalne, ale wynikają z realnych krzywd i systemowej niesprawiedliwości. To antagonista, z którym wielu widzów się zgadza… no, przynajmniej częściowo.
To właśnie ten kontekst sprawia, że złoczyńcy wydają się nam bardziej „ludzcy”. Ich motywacje – choć często wypaczone i przerysowane – stają się coraz bardziej zrozumiałe. A skoro można je pojąć i się z nimi utożsamić, to łatwiej się nimi zainteresować. Tym bardziej że aktualnie antagoniści nie zawsze chcą „spalić wszystko w drobny mak” i „zniszczyć świat”. Coraz częściej chcą go naprawić, tylko wybrany przez nich sposób może w nas budzić – no, nazwijmy to – pewien sprzeciw. Trudno bowiem odmówić Thanosowi racji w spostrzeżeniu, że równowaga została zachwiana, a – w kontekście naszej planety mówi się o tym coraz częściej – Ziemia powoli, ale nieuchronnie, się przeludnia. Czy rozwiązanie Szalonego Tytana rozwiązałoby ten problem? Obiektywnie patrząc: tak. Czy „zniknięcie” połowy ludzkości, nawet dobranej w sposób całkowicie losowy, byłoby moralnie akceptowalne? Nie oszukujmy się: nie.
To świetny przykład, że bywa tak, iż antagonista niejednokrotnie działa w imię idei, które same w sobie nie są złe, jednak jednocześnie prowadzą do katastrofalnych konsekwencji, jakie – z różnych powodów, nie tylko czysto moralnych – są nie do przyjęcia. To właśnie ten rozdźwięk między intencją a efektem czyni współczesnego złoczyńcę znacznie bardziej interesującym i przykuwającym uwagę, a jego działania stanowią punkt wyjścia do ciekawych dyskusji. Co więcej, odbiorcy coraz częściej zadają sobie pytanie: „czy na jego miejscu postąpiłbym inaczej?”. To właśnie jest ten moment, w jakim złoczyńca przestaje być tylko przeciwnikiem bohatera, a zaczyna być punktem odniesienia dla widza. Zmienia się ciężar historii: opowieść staje się mniej abstrakcyjna i w pewien sposób zaczyna opowiadać o nas samych.
Moralna szarość jako nowy standard
Popkultura ostatnich lat wyraźnie odchodzi od – wspomnianych przeze mnie już kilka razy w tym tekście – prostych podziałów na dobro i zło. Coraz częściej spotykamy postacie funkcjonujące gdzieś pomiędzy tymi dwiema koncepcjami moralnymi – antybohaterów, którzy balansują na granicy moralności, poruszając się w tej „szarej strefie” pomiędzy dwiema skrajnościami. Zatarcie granicy między bohaterami pozytywnymi i negatywnymi doprowadziło do powstania zupełnie nowego typu postaci: antybohatera. Kim właściwie jest ten przywołany przeze mnie antybohater? To pierwszoplanowa postać, nie mająca cech bohatera (lub mająca je w bardzo niewielkim stopniu), mało tego: może mieć ona cechy negatywne, będąc zaprzeczeniem heroizmu.
Tak, antybohater może dokonywać czynów bohaterskich, jednak sposób, w jaki będzie to robił, niekoniecznie zasłuży na takie określenie. Z pewnością znacie ten koncept, popkultura jest pełna przykładów: mamy Hancocka – super bohatera zmagającego się z kryzysem egzystencjalnym przy pomocy zbyt dużej dawki procentowych trunków (i nie mówię tu o zawartości zagęszczonego soku jabłkowego w napoju), czasem ratującego ludzi, ale robiącego przy tym demolkę roku; mamy Shreka – ogra będącego jak cebula, który wyratował księżniczkę z paszczy smoka, choć nie zrobił to z chęci przyjścia z odsieczą damie w opałach, a dlatego, że chciał świętego spokoju na swoim bagienku; a potem na jednym tchu możemy wymieniać. Wolverine’a, Deadpoola, Punishera, Lobo, Johna Constantine’a Dextera Morgana, Doktora House’a, Jacka Sparrowa… i wielu, wielu innych. Przykładów zdecydowanie przybywa i nie ma się temu co dziwić, jak już wspominałam – taki rys psychologiczny postaci jest zdecydowanie bliższy zwykłemu odbiorcy.
Charyzma, której nie da się zignorować
Nie bez znaczenia jest też atrakcyjność moralnie niejednoznacznych postaci. Złoczyńcy często mają bardziej wyrazisty styl, charakterystyczne zachowania i mocniej zaakcentowaną obecność w dziele. Weźmy takiego Lokiego – postać, która zaczyna jako wiecznie knujący intrygi antagonista, ale dzięki swojej charyzmie i niejednoznaczności (oraz – nie oszukujmy się – niezaprzeczalnemu urokowi Toma Hiddlestona, co rusz rzucającego nas na kolana), adoptowany brat Thora wkrada się w nasze serduszka i szybko staje się ulubieńcem wielu fanów. O, albo taki Homelander (kocham tłumaczenie na „Ojczyznosław”, serio!). Typ jest kwintesencją zła i to podbitego świadomością, że tak właściwie nikt nie jest w stanie mu podskoczyć. Jednocześnie w swojej nieprzewidywalności jest… hipnotyzujący.
Dialogi antagonistów (i antybohaterów) często bywają bardziej błyskotliwe, ich decyzje mają w sobie więcej brawury i są odważniejsze, a ich działania – mniej ograniczone zasadami narzuconymi przez społeczeństwo. To sprawia, że kradną sceny i to zwykle na ich osobie skupia się uwaga odbiorcy. Widz chce zobaczyć, co takiego zrobią dalej, jak daleko się posuną i czy istnieje dla nich jakakolwiek granica, której nie postanowią przesuwać lub – przynajmniej – testować. W kontrze są bohaterowie – szczególnie w dużych franczyzach – dźwigający na sobie ciężar spełnienia określonych oczekiwań: powinni być inspirujący, reprezentować sobą pewne wartości, nadawać się na wzór do naśladowania. Złoczyńcy takich ograniczeń nie mają. Dzięki temu twórcy mogą pozwolić sobie na więcej eksperymentów. Antagonista może być nieprzewidywalny, kontrowersyjny, a nawet odpychający – i właśnie to czyni go ciekawym. Nie musi być lubiany.
Fascynacja „ciemną stroną” i podsumowanie?
Nie da się też pominąć czynnika psychologicznego. Ludzie od zawsze interesowali się tym, co zakazane, niebezpieczne lub niezrozumiałe. Złoczyńcy pozwalają bezpiecznie eksplorować te obszary – przeżywać emocje, których na co dzień unikamy, i obserwować konsekwencje ekstremalnych wyborów, jakich w życiu zapewne nigdy nie będziemy musieli podjąć. Siedzimy na wygodnej kanapie, w bezpiecznych ścianach własnego mieszkania i doskonale wiemy, że to fikcja, ale emocje są prawdziwe. A im bardziej skomplikowana postać, tym silniejsze staje się nasze zaangażowanie.
To, że złoczyńcy stali się bardziej interesujący, nie oznacza, że bohaterowie stracili rację bytu. Raczej zmusza ich to do zmiany. Najciekawsze współczesne historie to te, w jakich obie strony konfliktu są równie złożone. Bohater nie musi być idealny – wystarczy, że jest autentyczny. Z kolei złoczyńca nie musi być usprawiedliwiony – wystarczy, że jest zrozumiały. Gdy te dwa elementy się spotykają, powstaje opowieść, która naprawdę angażuje.
Popularność złoczyńców nie jest przypadkiem. To efekt zmiany w sposobie opowiadania historii i oczekiwaniach odbiorców. Chcemy postaci bardziej złożonych, bliższych rzeczywistości i mniej przewidywalnych. A to właśnie antagoniści najczęściej spełniają te kryteria. Skoro zaś – mniej lub bardziej – współczesne media pokazały nam, że możemy pałać cieplejszymi uczuciami do wampirów, wilkołaków oraz innych potworów, które przerażały naszych przodków, to dlaczego mamy odmawiać sobie odrobiny sympatii, współczucia czy zrozumienia dla antagonisty?
Dlatego następnym razem, gdy złapiecie się na tym, że bardziej interesuje Was los czarnego charakteru niż bohatera – nie jesteście w tym sami. Współczesna popkultura po prostu nauczyła nas patrzeć głębiej.