Przeskocz do treści
Instagram Twitter Facebook Search Arrow right YouTube Sign In Sign Out Register User Print Arrow left Logo Date Slogan PL Slogan EN
Strona główna » Blog » Horror » „A ten sąsiad za często przychodzi… Trzeba będzie mu wreszcie dać w mordę!”

„A ten sąsiad za często przychodzi… Trzeba będzie mu wreszcie dać w mordę!”

Jeśli czegoś uczą nas historia, etnologia i psychologia, to tego, że ludzkość zawsze znajdzie powód, by nie lubić swoich sąsiadów. Nie jest to cecha typowo polska – nieufność można wszak przejawiać względem ludzi z sąsiedniego domu, pobliskiej wsi, granicznego kraju, a nawet kontynentu, na którym akurat się nie urodziliśmy.
Mówiąc w skrócie, z natury jesteśmy podejrzliwi względem obcych i niewiele potrzebujemy, by zacząć roić sobie, że „ci oni” są inni niż my.
Odmienni, niezrozumiali, groźni.
I na pewno knują przeciw nam.

Hej, hej, Mars napada, owoce pracy naszej zjada

Nie ma lepszego mechanizmu do przekonania siebie (i innych), że obcy są groźni, niż nadanie im wyimaginowanych cech negatywnych – zaś w drastycznych przypadkach wręcz tych obcych dehumanizacja.
Realny lub wyimaginowany sąsiad niepokojąco się zachowuje, ma dziwne nawyki, jakoś za często nas obserwuje albo wygląda inaczej. Pal sześć, że głośno słucha muzyki w nocy. To nie to nas doprowadza do szału – tylko to, że jest inny. Z pewnością. I na pewno takich jak on jest więcej. I już się czają, żeby przejąć osiedle. A po osiedlu – świat!
W ten sposób wytwarzają się ksenofobia, rasizm, nacjonalizm i regularnie występujące w naszej historii ludobójstwa.
Ale nawet w małej, lokalnej skali łatwo jest czuć niechęć do sąsiada z bloku – wystarczy drobne nieporozumienie, byśmy wytworzyli sobie przekonanie, że „ten typ to chyba z kosmosu jest”.
A co, jeśli to nie nasze prywatne urojenia? Co, jeśli faktycznie jest z kosmosu? Co, jeśli tylko wygląda jak człowiek, bo tak naprawdę nim nie jest?  
Horrory dają odpowiedź na te i podobne pytania w zaskakującej obfitości.

Brzmi, jak wstęp do orgii

Shivers, Poster
Może to perspektywa, ale wydaje mi się, że ta wanna jest strasznie mała…

W Shivers z 1975 roku nie ma kosmitów. Są za to pasożyty przenoszone drogą płciową, które wpływają na nosicieli, wyzwalając ich najskrytsze żądze i zmieniające ich libido w broń masowego rażenia.
I pewnie brzmi to jak opis filmu pornograficznego – szczęściem produkcja reżyserowana była przez Davida Cronenberga.
Praktycznie całość fabuły ma miejsce w luksusowym bloku mieszkalnym. Sam budynek oferuje mieszkańcom wszystko, czego mogliby wymagać – wysokiej jakości rezydencje, profesjonalną ochronę, a także znajdujące się wewnątrz wysokościowca sklepy, siłownie, baseny i klinikę dostępną tylko dla mieszkańców.
I to właśnie w tym odgrodzonym od reszty miasta urbanizacyjnym raju uwolnione zostają pasożyty, które bardzo szybko całą zbiorowość najemców przeobrażają w krwiożerczy (i pożądliwy) tłum.
Nie bez kozery film powstał ledwie kilka lat po wyburzeniu Pruitt-Igoe. Rozczarowanie ideami samowystarczalnych osiedli i arkologii jest bardzo mocno widoczne od samego początku.
Idylliczne obrazki i drętwe reklamy przemieszane ze sceną brutalnego morderstwa. Bez żadnego wytłumaczenia, bez kontekstu, bazujące na szoku i dysonansie poznawczym. Zaraz potem samobójstwo przemieszane z scenami wskazującymi na kiepskie pożycie małżeńskie kompletnie niezwiązanej z wcześniejszymi scenami pary. Film nie ociąga się z zarzucaniem nas chaotycznymi, zdałoby się, niepoukładanymi, ale jasno komunikującymi problemy mieszkanców scenami.
Przez dużą część Shivers możemy obserwować klaustrofobiczną, małą, zamkniętą społeczność – w której jakoby nikt nikogo nie zna, nie wie, nie widział, ale bardzo szybko staje się jasne, że wszyscy z wszystkimi we wszystkich pozycjach.
Ważne miejsce w fabule zajmuje też poczucie wyobcowania w tłumie, zagubienia w zbiorowości ludzkiej i nieufności względem sąsiadów, przeradzającej się z czasem w otwartą wrogość.

Resistance is futile. We are pods

Invasion of the Body Snatchers, 1956, Poster
Komuniści z kosmosu kontra amerykańska prowincja: 1-0.

Głównym bohaterem Invasion of the Body Snatchers z 1956 roku, tak, jak i w Shivers, jest lekarz. Prowincjonalny medyk o szczęce, którą mógłby z łatwością łupać kamienie, odkrywa, że mieszkańcy niewielkiego miasteczka we śnie zastępowani zostają przez pozbawione emocji kopie. Rzeczone kopie rozwijają się z strąków z kosmosu i cel im przyświeca zdecydowanie złowrogi – dominacja nad światem. Ekranizacja opowiadania Jacka Finneya pod wieloma względami jest typową dla lat pięćdziesiątych niskobudżetową produkcją. Składnie jednak ukazuje wątek małomiasteczkowej paranoi.
Ludzie, których znasz od szczenięcych lat, nagle zmieniają się nie do poznania. Przyziemne, trywialne ludzkie niesnaski znikają, zastępowane niezrozumiałym, komunalnym porozumieniem, za którym kryje się groźny (bo obcy i niezrozumiały) zamysł cichego zastąpienia wszystkiego, co ludzkie.
Coś w filmie najwyraźniej rezonuje z wyobraźnią odbiorców, ponieważ doczekał się przynajmniej trzech przeróbek.
O tej z 1978 roku napiszę więcej poniżej. Body Snatchers z 1993 roku zachowuje wątek inwazji obcych, acz skupia się przede wszystkim na poczuciu wyobcowania nastolatki – wszak wielu z nas w okresie buntu i wypaczeń ma poczucie, że jesteśmy jedynymi ludźmi na planecie opanowanej przez nieczułe i niezrozumiałe byty tylko z grubsza przypominające homo sapiens.
The Invasion z 2007 roku zapewne nieufność względem obcych przenosi na grunt wielkiej metropolii. Nietrudno wszak wyobrazić sobie, że w gargantuicznym mieście ze szkła i stali człowiek może poczuć samotność i wszechogarniające przekonanie, że wszyscy dookoła niego poruszają się w niezrozumiałym, obcym rytmie nadawanym przez kosmiczną, wrogą istotę.
Napisałem „zapewne”, bo przyznaję uczciwie, z filmu pamiętam tylko to, że grali w nim Nicole Kidman i Daniel Craig – i że był nudny jak malowanie ścian szpitala na seledynowo.

Komu zaufać, jeśli nie inspektorowi sanepidu?

Invasion of the Body Snatchers, 1978, Poster
Tylko sanepid i przestrzeganie zasad BHP ustrzeże nas przed inwazją z kosmosu!

„-Ile mam wziąć tych pigułek?
-Napisali, że jedną.
-Weź pięć.”
Jeśli przeróbki filmów byłyby takiej jakości jak Invasion of the Body Snatchers z 1978 roku, to prosiłbym o nie w każdej ilości. Na pozór nie ma tu wielu różnic w porównaniu z pozostałymi wersjami. Wszystkie mają wątek podmienianych ludzi pozbawionych emocji, wszystkie też mają scenę obcych wydających charakterystyczny skowyt, żeby zaalarmować pobratymców i rozpocząć sekwencję pościgu. Wszystkie oczywiście w jakimś stopniu skupiają się na uczuciu paranoi i wyobcowania, podejrzliwości wobec otaczających nas ludzi.
Film z 1978 jest bezdyskusyjnie najlepszy – tak ze względu na wizualia, kreację postaci, jak i fenomenalną grę aktorską (ale jak to, w jednym filmie występują Donald Sutherland, Leonard Nimoy i Jeff Goldblum?!). Nastrój produkcji jest przemyślany – pozorna normalność codziennego życia zderzona jest z coraz bardziej niepokojącymi zdarzeniami. Groźba inwazji obcych jest z początku subtelna i łagodzona naturalistycznymi obrazami życia w dużym mieście – szybko jednak przeradza się w całkowicie realny – choć trudny do zaakceptowania – koszmar.
Do elementów wspólnych zaś Invasion of the Body Snatchers dodaje poczucie bezsilności członka współczesnego społeczeństwa. Oto bowiem, gdy główny bohater – inspektor sanitarny – odkrywa straszliwą tajemnicę obcych przejmujących władzę nad światem, stara się zawiadomić władze. Stara się ostrzec różnorakie departamenty, służby i polityków. I chociaż jest już wtedy za późno i ewidentnie jego próby spełzają na niczym – to jest to prosta (i niesubtelna, choć skuteczna) metafora braku jakiejkolwiek siły sprawczej jednostki występującej przeciwko zbiorowości we współczesnych realiach.

Obcy niosą kaganiec oświaty

The Faculty, Poster
Role w filmie grali ludzie o kompletnie nieznanych nazwiskach – jakiś Elijah Wood, Usher, Famke Janssen, Salma Hayek, czy Josh Hartnett

Wspomniałem przy okazji Body Snatchers o nastolatkach czujących, że coś jest nie tak ze światem w okresie dojrzewania. The Faculty z 1998 doprowadza ten wątek do rangi sztuki.
W filmie mamy do czynienia z cichą inwazją obcych przejmujacych kontrolę nad ciałem pedagogicznym szkoły w celu cichej asymilacji uczniów. Jak to ujmuje jeden z bohaterów filmu – „po co wysadzać w powietrze Biały Dom, jak w Dniu Niepodległości, skoro można skrycie wemknąć się przez tylne drzwi?”. Przejęcie władzy nad szkołą w ramach pierwszego kroku do objęcia władzy nad światem – bez zwracania uwagi władz i służb – nie jest najgłupszym planem kosmitów, jaki pojawia się w historii kina science fiction.
Film mocno czerpie ze wspominanych wcześniej – wręcz bezwstydnie, choć z animuszem (postaci same porównują swoją sytuację do różnorakich horrorów o podobnej tematyce). W umiejętny sposób jednakowoż The Faculty nadaje wyświechtanym wątkom nowy posmak.
Czego tu nie ma? Bohaterowie będący stereotypami nastolatków z lat dziewięćdziesiątych – nerd, atleta, cwaniaczek, alternatywka i królowa pszczółka; prawdziwa obfitość nawiązań do innych dzieł popkultury; żywa akcja i niezrównana dawka sarkastycznego poczucia humoru.
A mimo to reżyserowi udaje się w uczciwy i elegancki sposób zwrócić uwagę na tak oczywiste, a często zapominane aspekty dorastania – niedostosowanie, przyjmowanie określonych ról w mikrospołeczności szkoły, brak pewności siebie i przekonanie, że wszyscy są przeciwko tobie. A także desperacka chęć nawiązywania znaczących relacji z rówieśnikami.
Wszystko to zaś podlane sokiem z agresywnych obcych przeistaczających twoich nauczycieli, kumpli i pierwsze miłości w niezrozumiałe, przerażające byty czyhające na twoje życie.

Dobry sąsiad jest najlepszym krewnym

Wracając do pierwotnej myśli tego felietonu – i odchodząc pozornie od tematyki horrorów – jeśli mamy problem ze zrozumieniem lub zaakceptowaniem ludzi dookoła nas, dużo łatwiej jest nam nadać im wyimaginowane i niezrozumiałe (nieludzkie zgoła!) cechy. Powyższe (i nie tylko one) filmy uczą nas, że ci obcy ludzie z pewnością nastają na nasze życie. A także nasz sposób bycia. I w tym celu spiskują za naszymi plecami. 
A jedynym sposobem na pokonanie tej przerażającej konspiracji – jest walczyć z tymi-innymi na śmierć i życie.
Właściwie cieszę się, że horrory nie wchodzą w zakres kanonu lektur szkolnych i nikt nie stara się forsować ich jako produkcji edukacyjnych. Zapewne dlatego, że z moimi sąsiadami żyję w zgodzie – i nie chciałbym tego zmieniać. Oczywiście, czasami trudno się z nimi porozumiewać. I nierzadko zdają mi się jacyś tacy niepojęci…
Ale uważam, że warto w sąsiedzie zawsze widzieć drugiego człowieka – a nie doszukiwać się w nim podstępnego planu zagrażającego mojemu życiu. Tym sąsiedzie z mieszkania obok. Albo wioski. Albo z sąsiedniego kraju.
O, przepraszam, właśnie jeden wpadł cukru pożyczyć…

Tagi: , ,

Komentarze