Przeskocz do treści
Instagram Twitter Facebook Search Arrow right YouTube Sign In Sign Out Register User Print Arrow left Logo Date Slogan PL Slogan EN
Strona główna » Blog » Horror » Cztery Ściany

Cztery Ściany

Z rodziną – ponoć – najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Czasami najlepiej wyjść jak najwcześniej, zanim wujek zacznie opowiadać swoje dowcipy. Zbyt często zaś wychodzi się na rodzinie kiepsko.
Co natomiast, jeśli rodzina jest zgrają popromiennych mutantów? Albo oszalałych kanibali? Albo zbiorowiskiem przybłęd z różnorakich koszmarów?
Jeśli wierzyć popkulturze – z taką rodziną najlepiej wychodzi się na taśmie celuloidowej.

To moja rodzina i będę jej bronić nawet za cenę życia!

Dead Shack

…Niekoniecznie swojego, ale czyjegoś na pewno.
Motywem przewodnim Dead Shack są relacje rodzinne – choć trudno tutaj o głęboką analizę psychologiczną tychże. Oto ojciec z nową dziewczyną, jego dwójka dzieci i ich przyjaciel – traktowany jak swój – wyjeżdżają na weekend do chatki w lesie. Każdy fan horroru już w tym momencie przewróciłby oczami i pokręciłby głową nad brakiem instynktu samozachowawczego bohaterów.
Natychmiast zwracają uwagę powiązania między postaciami. Rodzeństwo nie szczędzące sobie obelg i przezwisk, choć darzące się sympatią. Ojciec za wszelką cenę starający się być „fajnym rodzicem”, ale w gruncie rzeczy będący niedojrzałym dzieciakiem. Jego dziewczyna, znużona absolutnie wszystkim i działająca reszcie na nerwy. I przyjaciel rodzeństwa, który woli czas spędzać z nimi, niż ze swoimi prawdziwymi rodzicami – nigdy nie widzimy na ekranie jego ojca i matki, za to ich kłótnie i wieczne niezadowolenie jasno kładzie się cieniem na zachowaniu syna.
Ta dysfunkcyjna, ale darząca się uczuciem grupka zmuszona jest walczyć przeciwko bardzo specyficznej antagonistce.
Oto samotna kobieta żyjąca nieopodal wabi przypadkowych ludzi, aby… nakarmić nimi swoją rodzinę. Rodzinę składającą się z zombie. Nie dowiadujemy się co prawda, jakim sposobem jej mąż, dzieci i dziadkowie stali się nieumarłymi kanibalami – ale łatwo dostrzec, że w rzeczywistości mamy do czynienia z konfliktem wartości – tak kobieta, jak i jej ofiary walczą, by bronić bliskich i opiekować się nimi – niezależnie od tego, w jakim stopniu rozkładu ci się znajdują.

Bliscy powinni spędzać czas ze sobą!

Color out of Space

…Nawet wtedy, gdy są trawieni przez nieznany byt z kosmosu.
Czego Color Out of Space nie ma? Jest Nicholas Cage, którego gra aktorska jest na tyle specyficzna, że niezależnie od krytyki zawsze znajdzie swoich fanów. Są niesamowite efekty wizualne – twórcy filmu postanowili, że zasłuży on na swój tytuł. Palety barw przewalające się po ekranie robią piorunujące wrażenie. Jest też całkiem nieźle przetłumaczony na współczesny język kina klimat Lovecraftowskiego Niepoznanego, Niezrozumiałego, Obcego i Plugawego.
Poza tymi elementami jest też historia o rodzinie – mającej swoje problemy, próbującej się dostosować do wymarzonego, acz trudnego życia na farmie, stykającej się z czymś, czego nie da się wyjaśnić.
Oto mamy córkę, która nie marzy o niczym innym, jak tylko wyrwaniu się z rodzinnej posiadłości i przeprowadzeniu gdziekolwiek indziej. Mamy syna, który akceptuje swoją rolę – głównie dzięki paleniu dużych ilości marichuany i odcinaniu się od dostrzegalnych gołym okiem problemów. Mamy najmłodszego członka rodziny – dzieciaka bawiącego się sam ze sobą, odizolowanego od reszty tak wiekiem, jak i fantazją. Mamy żonę, starającą się, by jej osobista frustracja nie utrudniała jej roli jedynej żywicielki rodziny. Mamy męża, który z trudem radzi sobie z pogrzebaniem fantazji o zostaniu artystą i próbującym utrzymać swoich bliskich jak nabliżej – ignorując, że każde prze w innym kierunku.
Kiedy pojawia się tytułowy kolor z kosmosu – nieokreślony byt wpływający na naturę, świat dookoła, a także ciało i psychikę bohaterów – relacje powoli rozchodzą się w szwach. Każdy członek rodziny stara się na swój sposób bronić resztę, ale jest bezsilny w obliczu sił przekraczających (dosłownie) ludzkie pojęcie.
Tym bardziej upiornie brzmi postać Nicholasa Cage’a, który po śmierci większości swoich bliskich nie przestaje z nimi rozmawiać (i ich widzieć). Choć sam zaczyna coraz bardziej mutować, zmieniać się w coś nieludzkiego, wciąż stanowczo utrzymuje, że „rodzina musi trzymać się razem”.

Za mało groteski?

House of 1000 Corpses

House of 1000 Corpses fanom horrorów przestawiać nie trzeba. Nawet jeśli są mocno krytyczni co do twóczości Roba Zombiego, istnieje spora szansa, że widzieli ten film z 2003 roku.
Praktycznie nikt nie pamięta bohaterów filmu – ich główną rolą jest ginięcie w coraz bardziej groteskowy i odstręczający sposób. To, co oglądający wynosi z filmu, to wspomnienie kazirodczej, kanibalistycznej rodzinki morderczych psychopatów.
Ustalmy, niewiele elementów House of 1000 Corpses ma jakikolwiek sens. Próżno szukać wytłumaczenia, dlaczego zwyrodnialcy robią to, co robią. Fabuła zaś jest nią jedynie z nazwy – za to służy jako usprawiedliwienie dla kolejnych okrucieństw.
Krew, flaki, przemoc we wszelkich formach i odcieniach stanowią główne punkty filmu.
A jednak widać, że przedstawiona rodzina na swój wykrzywiony sposób dba o siebie. Choć kaźń ofiar stanowi dla szaleńców świetną zabawę, to kiedy tylko coś zagrozi jednemu z nich, natychmiast przestają żartować.
Ten element zresztą został rozwinięty w kontynuacji – Devil’s Rejects. Sequel porzuca campowy klimat oryginału, jest dużo bardziej realny, pozbawiony wymuszonego (i sztucznego) humoru – a przez to staje się dużo bardziej brutalny. Bohaterami tym razem jest już bezapelacyjnie trójka ocalałych z policyjnej obławy członków rodziny – którzy wyruszają na makabryczny rajd po Stanach w celu zabijania jak największej liczby niewinnych ofiar, a także ucieczki przed funkcjonariuszami prawa. I chociaż dopuszczają się diabolicznych zbrodni na innych, zawsze chorobliwie dbają o siebie nawzajem.

Jeśli przeżyjesz rodzinne święta – przeżyjesz wszystko!

Happy Times

Ale odejdźmy od pozbawionych nawet strzępka człowieczeństwa psychopatów i skupmy się na czymś, co niemal wszyscy przeżyliśmy – w jednej formie albo innej.
Obchody wszelakich świąt w rodzinnym gronie kojarzą się wielu z nas z najgorszym koszmarem. Wściekła matka, wścibskie babcie, pijany wujek, rozbisurmanione kuzynostwo – te elementy zawsze dają mieszankę wybuchową.
Happy Times jest izraelskim horrorem opowiadającym o spędzie rodzinnym z okazji obchodów święta właśnie. Mamy tu pana domu traktującego zgromadzonych, jakby zaszczytem było przebywać z nim w jednym pomieszczeniu, choć tak naprawdę wszyscy go nie znoszą. Mamy panią domu starającą się panować nad sytuacją, sfrustrowaną wiecznym traktowaniem jej jak popychadła. Przez dom przewija się kawalkada postaci. Małżeństwo, które utrzymuje z resztą kontakt tylko w nadziei załatwienia swojemu potomstwu prywatnej szkoły. Pracownik pana domu marzący tylko o przyprawieniu mu rogów z jego małżonką. Kuzyn znoszący wszelakie poniżenia w celu przekonania pozostałych, by weszli z nim w spółkę inwestycyjną. Brat pani domu, niewydarzony aktor, jawnie odżegnujący się od tradycji i w zapamiętałym szale obrażający wszystkich wokół – a także wszelkie obyczaje. Dziewczyna aktora, która z coraz większym przerażeniem konstatuje, w otoczeniu jakich frustratów się znalazła.
Niewiele trzeba, by doszło do bójki. Ta zaś w krótkim czasie eskaluje do wojny totalnej, gdzie każdy chce zamordować pozostałych.
Przede wszystkim twócy filmu umiejętnie żonglują makabrą i dobrze znanymi każdemu elementami rodzinnych scysji. Nie trzeba wiele, by przekonany o swojej nieomylności pan domu kojarzył nam się z różnorakimi wujkami, którzy zawsze wiedzą lepiej. Kłótnie i spory wybuchające przy stole – czy o religię, czy o to co kto komu jest winien – brzmią znajomo. Nawet rabin pojawiający się w połowie filmu, ewidentnie tylko po to, by zainkasować kopertę od gospodarzy, ale przekonany, że może wszystkich dookoła pouczać, wydaje się podobny wielu przedstawicielom kleru.
Najzabawniejsze – i najciekawsze – fragmenty filmu zdarzają się jednak, kiedy pojawia się ktoś z zewnątrz. Czy do drzwi pukają policjanci sprawdzający doniesienia o słyszanych w okolicy wystrzałach, czy wspominany wcześniej rabin – natychmiast wszyscy bohaterowie zaprzestają prób mordowania się nawzajem, zakrywają ślady krwi, chowają ciała i jak jeden mąż udają całkowicie normalną, przeciętną rodzinę podczas świąt. Za wszelką cenę przyjmują pozory spokoju – jednocześnie starając się jak najszybciej pozbyć intruzów i wrócić do krwiożerczych aktywności.
Aż ciśnie się na usta cytat z Moralności Pani Dulskiej – „Na to mamy cztery ściany i sufit, aby brudy swoje prać w domu i aby nikt o nich nie wiedział.”

Dulska wiecznie żywa, a jej moralność nieśmiertelna

Jakby na to nie spojrzeć, twórcy horrorów lubią rodziny. Czasem, żeby ukazać dualizm postaci zdolnej do najgorszych nawet zbrodni, ale jednocześnie cudownie ciepłej dla swoich dzieci. Czasem, żeby jeszcze bardziej nas zaszokować. A czasem – tylko po to, by przez pryzmat rodzinnych dramatów ukazać jakiś uniwersalny schemat zachowań lub coś, co wszyscy znamy.
Czy mamy do czynienia z upiorną rodzinką ukazaną w krzywym zwierciadle, czy z ofiarami o dużym stopniu pokrewieństwa – relacje rodzinne stanowią niewyczerpane źródło zarówno humoru, jak i makabry.

Tagi: ,

Komentarze