Przeskocz do treści
Instagram Twitter Facebook Search Arrow right YouTube Sign In Sign Out Register User Print Arrow left Logo Date Slogan PL Slogan EN
Strona główna » Blog » Horror » Ten felieton jest przeróbką

Ten felieton jest przeróbką

Teraz to, panie, co film, to remake!
Trudno obecnie nawet narzekać na to, że Hollywood dokonuje przeróbek nie tylko hitów sprzed lat, ale i mniej znanych produkcji. Siłą rzeczy, dzięki kolejnym aktorskim wersjom kreskówek Disneya, amerykańskim wariantom brytyjskich seriali i kinowej modzie bazowania na nostalgii, trudno w tej chwili się na stan obecny uskarżać. Spowszedniało nam to tak bardzo, że kolejny remake, sequel, prequel, sidequel i, nade wszystko reboot i reimagining przyjmujemy bez większych oporów.
No, chyba że akurat jakąś przeróbkę uznamy za zdradę materiału źródłowego, co będziemy mogli wykrzyczeć rwącym-szaty-głosem i włosy-szarpiącym-z-głowy-skowytem w bliżej niesprecyzowaną przestrzeń, aby dać znać o swoim jedynie słusznym fanostwie danego dzieła kultury.

Dlaczego robimy ten remake? Bo to tradycja!

Horror, Nosferatu, Poster
…I tak od 1922 mnie wskrzeszają i wskrzeszają…

Jest typ filmów, który ma piękną i wieloletnią tradycję przeróbek, rozciagajacą się na większość ubiegłego stulecia. To znaczy – możliwe, że można tak powiedzieć o każdym gatunku filmowym, ale że najczęściej ogladanymi przeze mnie produkcjami są horrory, to akurat o tym chciałem pogadać.
Jest coś uspokajającego w lejących się z ekranu krwi i flakach, coś kojącego w legionie straszydeł zaklętych w celuloidowej taśmie – kontrastujących z przepełnioną wirusami i niepewnością ekonomiczną rzeczywistością straszącą za oknem.
Horrory przerabiane są od lat. Wręcz chciałoby się powiedzieć, że były przerabiane, zanim to było modne.
„Nosferatu – Symfonia Grozy”, dzieło z 1922 mające niebagatelny wpływ na sztukę filmową, doczekało się w 1979 nowej wersji z samym Klausem Kinskim.
W latach 70. i 80. wręcz modne było przerabianie produkcji sprzed dwudziestu lat – takich jak „The Blob” i „Cat People”. „Body Snatchers” w różnych formach i pod różnymi tytułami gościło na ekranach w 1956, 1978, 1993 i 2007.
Czasami przeróbki zyskiwały dużo większy poklask niż oryginalne produkcje – jak wiele osób pamięta, że takie klasyki, jak „The Fly” z niezapomnianym Goldblumem z 1986 i „The Thing” Carpentera to wersje filmów z, odpowiednio, 1958 i 1951?

Postmodernistyczny horror – nie ma rzeczy oryginalnych.

Not of this Earth, Poster, 1957
Każdy fan horrorów staje przed dylematem co wybrać: klasykę, Traci Lords, czy Michaela Yorka?

Lata dwutysięczne pięknie kontynuowały tradycję – w 2008 roku aktor, o którym każdy internauta wie, że jest breathtaking – Keanu Reeves – wystąpił w filmie starającym się odrdzewić klasyczny staroć „The Day The Earth Stood Still”. W 2011 we „Fright Night” Colin Farrell zagrał wampira, którego w oryginalnej produkcji grał nie kto inny, jak zły Książę Humperdink z „Princess Bride”.
Im dalej w las horrorów, tym większe grzyby obłędu. O ile można przyjąć do wiadomości, że do kin trafia nowa wersja filmu sprzed dwudziestu lub więcej lat, o tyle ten typ filmów świeci przykładem niepojętych czasem zabiegów.
Bo trudno wyobrazić sobie, że człowiek, który w 2013 roku stwierdził „hej, pamiętacie tego prześcieradłowca z 1995 roku, Embrace of the Vampire? Nie? No, ja też nie. Wątpię, by ktokolwiek to obejrzał. Zróbmy nową wersję! To się nie może nie udać!”, należał do przesadnie rozsądnych.
Że w 1988 powstało „Not of this Earth”, przeróbka filmu z lat pięćdziesiątych nie powinno już dziwić. Ale dlaczego ledwie siedem lat później powstała następna? Fabuła pozostała taka sama, jedyne, po czym można odróżnić obydwie produkcje, to to, że w jednej występowała legenda kina klasy B Traci Lords, zaś w drugiej – sam d’Artagnan – Michael York.
A to nic w porównaniu z „Evil Dead” – bo jeśli laikowi stroniącemu od horrorów próbujesz wytłumaczyć, że druga część jest de facto remakiem pierwszej z tym samym głównym aktorem i II dodanym do tytułu, ale posiadającym praktycznie tę samą fabułę, tylko bardziej komediową – narażasz się na powątpiewające spojrzenie sugerujące, że przedawkowałeś dzisiaj kofeinę (kompletnie bez związku napomknę, że większość moich rozmów z ludźmi tak właśnie się kończy).

Niby to samo…

Evil Dead, 2013, Poster
Dla wrogów remake’ów to hasło niesie podwójne znaczenie.

A skoro jesteśmy przy „Evil Dead” – w 2015 doczekało się nowej wersji. Nie można jednak mówić o kopii oryginalnego scenariusza.
Oryginał nie ma bliżej scharakteryzowanych postaci. Ot zwykli młodzi ludzie wyruszający na wakacje do opuszczonej chatki w lesie. Tak naprawdę, gdyby nie brawurowa gra legendarnego aktora kina klasy B, Bruce’a Campbella, trudno by było zapamiętać nawet głównego bohatera – Asha.
Zupełnie inaczej podchodzą do tego twórcy przeróbki – postaci filmu udają się do odosobnionego domku w środku lasu, w celu przeprowadzenia interwencji dla jednej z nich, narkomanki potrzebującej odwyku. Zawiązanie akcji przypomina bardziej dramat psychologiczny i pozwala przebrnąć początek filmu (ten często nieznośnie nudny segment przed pierwszą ofiarą, nim krew chluśnie szerokim strumieniem w ekran, a mięso w nierównych kawałkach i nieregularnych interwałach zacznie padać na podłogę).

…A jednak co innego…!

Child's Play, Poster
Co jest straszniejsze – mordercza lalka, czy Aubrey Plaza? Zdania są podzielone…

Nie jest to jedyny remake, którego scenarzyści starają się uatrakcyjnić treść, nadając fabule nowe znaczenia i wprowadzając bardziej aktualne aspekty.
W oryginalnym „Child’s Play” seryjny morderca, praktykujący voodoo przed śmiercią zaklina swoją duszę w laleczce, by nawet po śmierci siać zniszczenie i grozę. I jeśli to brzmi nonsensownie, to dodajmy, że rzeczonego mordercę gra Brad Dourif. Aktor na tyle specyficzny, że fani horrorów utrzymują, że pozwala mu się grać w filmach głównie dlatego, że wszyscy boją się, co robiłby, gdyby nie grał.
Przeróbka ignoruje kompletnie voodoo i czary – laleczka Chucky jest uszkodzona (czy wręcz celowo pozbawiona zahamowań przez zdesperowanego pracownika fabryki lalek) i będąc podłączoną do internetu inteligentną zabawką, zdobywa wolną wolę. I gdzie w oryginale trudno uwierzyć, że filigranowa lalka może zrobić dorosłemu człowiekowi krzywdę nożem, tak w przeróbce groźne dla ludzi stają się sterowane zdalnie samochody, operowane za sprawą łącza internetowego domowe sprzęty i sklepowe drony. Udręką dla ofiar przestaje być grożba ostrych narzędzi kryjących się w dłoni morderczej laleczki – zostaje to zastąpione odpalaniem krępujących nagrań na ich plazmowym telewizorze.
Zamiast historii o mrocznej magii i chęci mordu szaleńca, otrzymujemy nie mniej absurdalne (acz bardziej aktualne) gorzkie ostrzeżenie przed Internetem Rzeczy.

…A jednak to samo!

A Nightmare on Elm Street (2010)
Ale jak to Roberta Englunda nie ma na Ulicy Wiązów? Na urlop pojechał?!

Freddy’ego Kruegera przedstawiać nie trzeba ani fanom horrorów, ani ludziom stroniącym od tego typu filmów. Jest częścią popkultury, jak Święty Mikołaj (mają też wiele cech wspólnych – wiedzą, gdzie mieszkasz i ubierają się na czerwono!). W „A Nightmare on Elm Street” z 1984 roku był charakteryzowany, jako „morderca dzieci”. Samo to było wystarczająco przerażające – chociaż brawurowa gra Roberta Englunda zmieniła potwora ze snów w posługującą się one-linerami, wzbudzającą salwy śmiechu ikonę popkultury.
Przeróbka z 2010 roku niewiele zmienia w fabule, poza może śmiertelną powagą, z jaką stara się przedstawiać historię. Krueger jednak różni się od oryginału w jednym, bardzo ważnym aspekcie. Ujawnienie, że za życia nie był jedynie mordercą, ale także molestował swoje ofiary, jest szczególnie istotną sceną dla głównych bohaterów – do realnego strachu przed śmiercią dodaje mieszaninę emocji, jakich nikt nigdy nie powinien poczuć.

Czy podsumowanie należy aktualizować?

Uaktualnianie treści w remake’ach nie jest ani niczym nowym, ani odkrywczym – podobnie jak wprowadzanie zmian w ogólnym nastroju filmu. Odnieść można jednak wrażenie, że o ile przez lata horrory trafiające do głównego nurtu charakteryzowały się albo humorystycznymi elementami, albo ogólnie pojętą estetyką campu, o tyle w ostatnich latach scenarzyści starają się za wszelką cenę uczynić celuloidowe koszmary bardziej poważnymi. Poruszając tematy nie tyle groteskowe, co nieprzyjemne, dotykają różnorakich tabu lub współczesnych nam lęków.
Same horrory komediowe odnalazły oddzielną niszę – ale to historia na inny felieton.

(Wszystkie użyte grafiki pochodzą z IMDb.com)

Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco z naszymi wpisami na blogu!

Tagi: , , ,

Komentarze