Przeskocz do treści
Instagram Twitter Facebook Search Arrow right YouTube Sign In Sign Out Register User Print Arrow left Logo Date Slogan PL Slogan EN
Strona główna » Blog » Kinematografia » Szalone lata 20, czyli co według filmowców czeka nas w najbliższej dekadzie?

Szalone lata 20, czyli co według filmowców czeka nas w najbliższej dekadzie?

Wejście w lata 20. XXI wieku nie jest na razie zbyt udane. Pożary w Australii, tarcia pomiędzy USA i Iranem, wreszcie obecna sytuacja związana z COVID-19 i Norbi pracujący nad nową płytą. W 2019 roku przekroczyliśmy moment, w którym toczy się akcja „Łowcy androidów”. Okazało się, że dystopijna wizja przyszłości Ridleya Scotta różni się zdecydowanie od czasów, w którym przyszło nam żyć. Jak może przedstawiać się sytuacja w trzeciej dekadzie XXI zdaniem twórców filmowych? Czas się przekonać!

Oczywiście nie znajdziecie w tym artykule dwóch ostatnich filmów z MCU, czyli „Avengers: Endgame” i „Spiderman: Far From Home”, gdyż trudno nazwać je przełomową wizją przyszłości, a poza tym powstały zbyt niedawno. Nie przeczytacie tu również o filmie „Johnny Mnemonic”, którego akcja toczy się co prawda w roku 2021, ale – jak możecie przeczytać w tekście na temat fantastycznych ról filmowych Keanu Reevesa – jest to „dzieło”, którego oglądanie należy wszystkim zdecydowanie odradzać. Postanowiliśmy także pominąć filmy, które powstały w ostatnim dziesięcioleciu. Po zastosowaniu tych kryteriów wyróżniliśmy trzy filmy, które każdy fan kina powinien znać.

Metropolis

Legendarny film niemy Fritza Langa z 1927 roku. Przez wiele lat obraz uchodził za zaginiony, a taśma z jego oryginalną wersją przepadła już na zawsze. W swoim dziele Lang przedstawia wizję nieokreślonej przyszłości. Przyjmijmy jednak, że jest to rok 2026, bo to właśnie wtedy toczy się akcja książki Thei von Harbou, której ekranizacją jest „Metropolis”.

Społeczeństwo przyszłości miało zostać podzielone na dwie grupy – uprzywilejowanych bogaczy żyjących na powierzchni oraz robotników wykonujących niewolniczą pracę w podziemiach. Głównym bohaterem „Metropolis” jest Freder, syn bogatego przemysłowca. Przez przypadek trafia on do podziemi, gdzie widzi, w jakich warunkach pracują robotnicy. Mają oni jednak swoją nieformalną liderkę Marię, która namawia ich do rewolucji. Zszokowany wydarzeniami w podziemiach, w tym wybuchem, który zabija wielu robotników, postanawia działać. W przebraniu pracownika z podziemnego miasta rozpoczyna pracę. W dobrej wierze donosi również swojemu ojcu o warunkach, jakie zastał. Ten, przy pomocy naukowca Rotwanga, porywa Marię, której miejsce zajmuje robot-sobowtór. Jego zadaniem jest wycofanie słów Marii i uspokojenie robotników. Rotwang jednak zaprogramował androida nieco inaczej.

„Metropolis” uznawane jest czasem za pierwszy film cyberpunkowy w historii. Rozwarstwienie społeczeństwa na bogatych żyjących jak pączki w maśle i biednych bezlitośnie wykorzystywanych przez wielkie firmy – obecne. Występowanie w pełni świadomego androida ze wspomnieniami, który wolną wolę posiada jedynie w teorii – jest. Co prawda świat nie był połączony globalną siecią, jednak w filmie widoczne są choćby rozmowy video. Jednego z bohaterów, Rotwanga, można natomiast nazwać pierwszym filmowym hakerem. Film jako całość zaś to wręcz podręcznikowe przedstawienie peiperowskiego 3xM (Miasto-Masa-Maszyna). Czy taka wizja świata przetrwała próbę czasu? Cóż, wystarczy poczytać nieco o warunkach pracy w fabrykach w ubogich azjatyckich państwach, na budowach katarskich stadionów czy o różnych nadużyciach w magazynach pewnej amerykańskiej firmy handlowej o nazwie identycznej jak las w Ameryce Południowej. „Metropolis” może nie jest więc idealną technologiczną wizją świata, jednak pod względem społecznym filmowi udało się przewidzieć naprawdę sporo, choć oczywiście podobne mechanizmy miały miejsce w całej historii ludzkości.

Terminator

Kolejna filmowa legenda, której nie trzeba nikomu przedstawiać. Na bazie filmu Jamesa Camerona stworzono całe uniwersum z bardziej lub mniej udanymi, za to bardzo dochodowymi, filmami i serialami. Choć fabuła toczy się głównie w czasach, w których filmy ukazywały się na ekranach kin, to jej początków należy doszukiwać się w roku 2029. Jego twórcy z całą pewnością nie przewidywali, że Arnold Schwarzenegger zostanie gubernatorem jednego z najbogatszych stanów USA. A czy udało im się przewidzieć cokolwiek innego?

W 2029 roku świat znajduje się w rozsypce. Stworzony przez ludzi system Skynet kilka lat wcześniej przejął kontrolę nad Ziemią, wywołując nuklearną zagładę i rozpoczynając rządy maszyn. Nieliczni, którym udało się przeżyć, sformowali ruch oporu. Na jego czele stanął niejaki John Connor. Skynet postanawia dosłownie zdusić opór w zarodku i wysyła do roku 1984 robota T-800, którego celem jest zabicie Sary Connor i zapobiegnięcie narodzinom jej syna Johna. Podobnie przedstawia się fabuła dwóch kolejnych części – nowe roboty-zabójcy są wysyłani, by zabić Johna, a ruch oporu wysyła przeprogramowanego T-800 na ratunek.

Pomimo całej kultowości, jaka towarzyszy „Terminatorowi”, trudno nazwać filmy z tego uniwersum ambitnymi fabularnie. Przyszłość miała być tylko pretekstem do naładowanej akcją naparzanki w czasach współczesnych i pokazu wirtuozerii efektów praktycznych (a potem specjalnych). Największy bunt maszyn, na jaki możemy liczyć, to źle skanujące kasy samoobsługowe w supermarketach. Skynet miał zbuntować się w latach 90. Jednak nawet teraz nie udało się ludzkości osiągnąć takiego zaawansowania technicznego, by stworzyć na tyle rozwinięty komputer. Nuklearne zniszczenie świata to zagrożenie płynące wyłącznie ze strony ludzi, a tematu podróży w czasie nawet nie ma co podejmować. Werdykt: telewizyjne wróżki lepiej przewidują przyszłość. Ale to nie oznacza, żeby odpuszczać sobie dwa pierwsze „Terminatory”.

Ludzkie dzieci

Tytuł najmłodszy z tej trójki, bo z roku 2006. To przykład filmu docenionego przez krytyków (3 nominacje do Oscarów), ale będącego równocześnie olbrzymią klapą finansową. W box office zarobił on bowiem ledwie 70 milionów dolarów przy budżecie wynoszącym 75 milionów. Akcja toczy się w roku 2027 w świecie, w którym od blisko dwudziestu lat nie urodził się żaden człowiek. Ludzkość pogrąża się w anarchii, rządy funkcjonują tylko w kilku państwach, w zatrważającym tempie rośnie migracja ludności. Główny bohater, Theo Faron, to zmęczony życiem urzędnik państwowy, który pozostaje w otępieniu od śmierci syna. Wszystko zmienia się, gdy zostaje porwany przez grupę imigranckich bojowników, którzy proszą o pomoc w ucieczce młodej dziewczynie. Okazuje się, że ta jest w ciąży. Rozpoczyna się podróż o przeżycie poza policyjnym państwem Wielkiej Brytanii.

Tu już nie ma ani słowa o technologii. To przede wszystkim dramat społeczny ubrany jedynie w strój science fiction. Przedstawia on obraz świata, który można sobie bez trudu wyobrazić. Tajemnicza choroba, na którą zapada ludzkość? Jest, choć w tym przypadku to niepłodność. Wzmożony ruch wielkich grup migrującej ludności to również coś, co bardzo dobrze znamy. Tak samo zresztą jak powszechnie panujące w społeczeństwach nastroje antyimigranckie. Choć twórcy opierali się głównie na zjawiskach znanych z II wojny światowej i innych zbrojnych konfliktów na świecie, chodziło im przede wszystkim o uniwersalność pewnych zachowań i pokazanie, że zawsze się mogą one powtórzyć. Czy tak będzie?

Jaki wyłania się obraz nadchodzącej dekady?

Filmowi twórcy nie wlewają nam do serc zbyt wiele nadziei. Lata 20. XXI wieku to według nich czasy straszne dla ludzkości. Wszystkie trzy wymienione tu filmy łączy natomiast jedno – malutki cień szansy w postaci jednej osoby, która może odmienić wszystko. Miejmy więc nadzieję, że najbliższe dziesięć lat, pomimo nieciekawego początku, będzie rysować się znacznie lepiej niż to przedstawione na ekranach.

Tagi: ,

Miłośnik starej trylogii SW i LOTR, który żałuje, że wciąż nikt nie nakręcił ekranizacji "Hobbita". Jego ukochany film SF to "Plan dziewięć z kosmosu". Motto życiowe: „jeszcze tylko jeden odcinek i biorę się za robotę”.


Komentarze